UWAGA!

Opowiadanie jest całkowitą fikcją, wyłącznie moim tworem wyobraźni. Wszelaki związek opowiadania z rzeczywistością jest przypadkowy.

sobota, 9 sierpnia 2014

" - Kochanie... Pora wstawać... Kogut już piał... Trzeba krowy wydoić..."

Cześć :)
Dzisiejsza część jest znacznie dłuższa dlatego, że wyjeżdżam na dwa tygodnie :)
Miłego czytania
Wiśnia.

Siedzieliśmy przed telewizorem, oglądając jakiś durny film. Oparta o ramię Bartka i z nogami przewieszonymi przez jego kolana, drzemałam sobie w najlepsze. Teraz kiedy miałam go blisko siebie mogłam spać spokojnie, wiedząc, że następnego dnia rano znajdę go gdzieś w mieszkaniu i przywita mnie tym swoim cudownym uśmiechem.
- Młoda z Zibim przyszli – szepnął mi do ucha. Otwarłam oczy i zobaczyłam ich jak siedzą razem na podłodze, w miarę zadowoleni. – Chyba doszli do porozumienia.
- Zaraz zobaczymy do jakiego rodzaju porozumienia  - mruknęłam, uśmiechając się chytrze. – Ej, ja się pójdę chyba położyć. Młoda, śpimy razem. – oświadczyłam pewnie, wstając z kanapy jednocześnie się przeciągając. Zdecydowanie wolałam siedzieć na bartkowych kolanach.
- Co? – wykrzyknęli jednocześnie Bartek, Młoda i… Zibi.
- Musicie się wyspać, zmęczeni jesteście. A łóżko w sypialni jest duże, więc się zmieścicie. No chyba, że chcecie z Kubiakiem i Kubą tutaj – leciutki szantaż emocjonalny nie zaszkodzi. Wiedziałam, że nie będą chcieli spać w salonie, bo to nie oznaczało spania. Jarosz i Kubiak zawsze mieli w sobie tyle werwy, że mogli we dwójkę zastąpić bełchatowską elektrownię.
- To ja idę zająć łazienkę – zanim zdążyłam się zorientować, Paula już była w łazience i brała prysznic.  Bartek nie był zbytnio zadowolony z tego, że ma spędzić noc z Bartmanem, ale niestety musiał. Wolałam przypilnować tą dwójkę, żeby nie wyszło potem jakieś małe, drące się coś. Tak na wszelki wypadek.
- To dobranoc – pocałowałam Bartka w policzek i zniknęłam, słysząc tylko Zbyszkowy głos:
- Tylko śpisz z dala ode mnie!
***
W mieszkaniu zrobiło się cicho, co oznaczało, że panowie padli jak muchy ze zmęczenia. Nie mogłam wyobrazić sobie, śmiejąc się w duchu, jak Zbyszek i Bartek rozwiązali sprawę jednego łóżka… Ale to już ich problem, nie mój. Ja sobie leżę wygodnie w łóżku, mając obok siebie śpiącą przyjaciółkę. Jednak nie mogę zasnąć. Mam w sobie tyle emocji, że trudno wyrzucić mi niektóre myśli z głowy. Zwłaszcza te dotyczące Zbyszka i naszej rozmowy. Chyba wyszliśmy na prostą, co niezmiernie mnie cieszyło. Poczułam ulgę, kiedy powiedział, że czekał aż się odezwę i kiedy obmyślił genialny plan jak przekonać moich rodziców. A raczej jak tego nie zrobić. Mimowolnie się uśmiechnęłam przymykając oczy. Przecież jeżeli dobrze pójdzie przez następny rok będę mogła być blisko niego. Nawet nie wiem kiedy powieki same spadły na moje oczy. Słyszałam tylko dziwne szuranie po podłodze, ale byłam na tyle zmęczona, że nie miałam siły sprawdzić co to.
***
Położyłam się na swoim łóżku, będąc w stanie skrajnego wyczerpania fizycznego i psychicznego. Chciałam wreszcie się wyspać, zapomnieć o ostatnich dniach i żyć swoim życiem, mieszkając razem z Cupko. Zrobiło mi się trochę smutno, mimo że się wprowadził, bo już niedługo będzie musiał wrócić do swojego mieszkania. Nie chciałam zostawać sama, nie mogę zostać sama. A Młoda… co z nią, nie wiadomo.
Właśnie zasypiałam, kiedy usłyszałam jakieś dźwięki z kuchni. Mruknęłam niechętnie, słysząc jak Cupko krząta się po kuchni. Tłukł się szklankami, lodówką trzasnął, normalnie jakby był u siebie.
- Cupko, idźże spać w końcu! – krzyknęłam zaspana, nakrywając głowę poduszką. Usłyszałam jak dwumetrowy, sympatyczny człowiek drepta do mojego pokoju, po czym skrzypnęły drzwi.
- Kiedy ja nie mogę spać! – zabrzmiał jak kilkuletni chłopiec, tak cholernie słodko i bezsilnie. Jeżeli chciałam się wyspać, to musiałam coś z tym zrobić. Przesunęłam się pod ścianę, choć nienawidzę spać pod ścianą i poklepałam miejsce koło siebie. Nie patrzyłam na niego, bo nie miałam siły otwierać oczu, ale wiedziałam, że się ucieszył. Zgasił światło w kuchni i przydreptał z powrotem. Łóżko ugięło się pod jego ciężarem, a kiedy zasypiałam, słyszałam jego lekkie chrapanie, co również wydało mi się słodkie.
***
Coś za wcześnie zrobiło się cicho, pomyślałam sobie, nie mogąc zasnąć. Młoda pewnie już spała, bo nie słyszałam żadnych oznak przytomności z jej strony. Westchnęłam cicho, przekręcając się na bok. To nie był dobry pomysł, mogłam zostać w naszej sypialni. Tak bardzo się za nim stęskniłam, a teraz dobrowolnie spędzałam noc nie mając go u swojego boku, bez obejmującej mnie bartkowej ręki i przyjemnego łaskotania w szyje przez jego spokojny oddech. Głupia Ida! Przecież Zbyszek chyba nie jest z tych, co zmusza dziewczyny do… stop. Zapędziłam się trochę.
Przymknęłam oczy, próbując zasnąć, jednak nachodziło mnie za dużo myśli. Nie myślałam już o niczym złym, przykrym, negatywnym. Moje myśli krążyły wokół sukcesu moich przyjaciół, Bartka i naszego wspólnego życia, moich studiów, które mam niedługo zacząć. Jestem szczęśliwa, tak, w końcu mogę tak powiedzieć. Związek z Bartkiem jest czymś o czym marzy każda dziewczyna, jest idealny i wyśniony. Wszystko się układa po naszej myśli. Teraz, w tym momencie, kiedy dochodzę do takich wniosków, pojawia się jedna niepokojąca kwestia. A co jeżeli jest zbyt idealnie? Jeżeli nagle przytrafi się nam coś, czego nie będziemy mogli przeskoczyć, co będzie nas stopniowo niszczyć? Potrząsnęłam głową, żeby szybko odrzucić ją na bok i zapomnieć, że kiedykolwiek mnie nawiedziła. Jestem głupia, naprawdę, jest cudownie, a ja narzekam! To chyba najwyższy czas, żeby zasnąć. Jeszcze jeden spokojny oddech i… Nic. Znaczy coś się zaczęło dziać. Ktoś chodził po mieszkaniu i oczywiście mój umysł nie pozwolił mi nie sprawdzić tego przed pójściem spać. Leżałam spokojnie na łóżku, czując, że zaczyna mi się to nie podobać. W drzwiach zobaczyłam zbliżający się cień. Moment później, coś szurając kapciami weszło do pokoju. Gdybym mogła, to zaczęłabym się śmiać, wręcz zaniosłabym się śmiechem. Oczywiście doskonale znałam tą postać, która nas odwiedziła, a ta postać doskonale znała mnie. Ciągnęła za sobą prawdopodobnie naszą kołdrę, którą potem upuściła na ziemię obok łózka. Nie dałam poznać po sobie, że nie śpię, bo czekałam na rozwój wydarzeń. Postać położyła się na przygotowanym posłaniu i westchnęła. A ja liczyłam na dalszy rozwój wydarzeń… Przekręciłam się na brzuchu i wystawiłam głowę za łóżko. On spał! Zasnął, od tak! I kiedy myślałam, że już nic mnie nie spotka, jego wielka ręka ściągnęła mnie z łóżka, układając sobie moją głowę na jego klatce piersiowej.
- Wariowałem bez ciebie – mruknął mi do ucha, przytulając mnie mocno. Tego brakowało mi najbardziej przez te wszystkie dni – jego mocnego uścisku i rytmu bicia jego serca, który przyspieszał na mój widok. Teraz sen przyszedł w zaskakująco szybkim tempie.
***
Kiedy się obudziłam, zauważyłam, że jestem sama w pokoju. Wydało mi się to co najmniej dziwne, bo w mieszkaniu było strasznie cicho, jakby wszyscy jeszcze spali. Nie wiedziałam gdzie wywiało Idę. Przewróciłam się na bok, szukając telefonu, bo to właśnie on mnie obudził. Nie było go na łóżku, więc pomyślałam, że spadł na podłogę. Położyłam się na brzegu od mojej strony i zaczęłam wodzić ręką po podłodze. Tam go też nie było. Wmawiając sobie, że to jest kompletnie bez sensu, przeszłam na stronę Idy i zrobiłam to samo. Spuściłam rękę na dół i natrafiłam na coś.
- Dźgnęłaś mi do oka – mruknęło coś na dole, więc od razu się wychyliłam. Na podłodze spał Bartek z Idą. Znaczy Bartek już nie spał, bo go obudziłam, ale Ida nadal była pogrążona we śnie i przytulona do Bartka.
- Przepraszam – mruknęłam cicho speszona – Nie wiedziałam, że tu jesteś.  – wstałam z łóżka po cichu i rozglądnęłam się po pokoju. Przecież ten telefon musi gdzieś być, pomyślałam, przecież słyszałam jak dzwoni. Dostrzegłam go dopiero jak zadzwonił jeszcze raz. Leżał na parapecie przy oknie. Wzięłam go i szybko wyszłam na palcach z pokoju, żeby dać im pospać. Usiadłam w kuchni przy stole i odebrałam. – Cześć tato. – czułam, że ta rozmowa nie będzie miła. Znowu potraktują mnie jak małolatę, która nie wie czego chce i jest jeszcze dzieckiem. A ja mam już siedemnaście lat i potrafię o siebie zadbać. Zapewne skończy się na tym, że będę musiała wrócić do domu i nie będę mieć nic do gadania.
- Mama mówiła mi o twoim pomyśle.  – usłyszałam twardy głos ojca – Naprawdę chcesz wyjechać?
- Tak, tato. Chcę być razem z przyjaciółmi i grać, mają tutaj dobre programy sportowe. Wiem, że pewnie wydaje wam się to bez sensu, ale chciałabym się tutaj uczyć.  – po drugiej stronie usłyszałam tylko ciche westchnięcie.
- Rozumiem, że nie zmienisz zdania, tak?
- Nie, nie zmienię – powiedziałam cicho, czując, że jestem bliska płaczu. Płaczu z rozczarowania, którego byłam świadoma od początku tej rozmowy, nawet wcześniej.
- Więc musimy to zaakceptować. Nie możemy zatrzymywać cię na siłę. Musisz wiedzieć, że mama jest temu przeciwna i nie chce, żebyś była daleko od domu. Ale ja myślę, że jesteś prawie dorosłą osobą i wiesz co robisz i robisz to na własną odpowiedzialność. Mama mówiła, że wspominałaś o mieszkaniu z jakąś koleżanką.
- Z Adą, to o nią chodzi. Ada wynajmowała mieszkanie z… inną koleżanką, ale tamta ją wystawiła i teraz została sama. Szuka współlokatorki.
- Chciałbym spotkać się z nią i zobaczyć to mieszkanie. Termin nie gra roli. Kiedy zamierzasz wrócić?
- Choćby zaraz, żeby zabrać resztę rzeczy – na początku myślałam, że śnię i że jeszcze się nie obudziłam. Ale kiedy uszczypnęłam się w ramię, stwierdziłam, że to dzieje się naprawdę, że oni pozwalają mi na to, żebym się przeniosła. Zaczęłam płakać i taką zastał mnie Zbyszek. Rozłączyłam się, bo nie chciałam, żeby tata słyszał jakieś męskie głosy w tle. Siedziałam sobie i płakałam, sama nie wiedząc nad czym.
- Mała, co jest? Coś się stało? – kucnął przede mną, chcąc dowiedzieć się co się dzieje. Otarłam łzy z policzków, po czym wzruszyłam ramionami. Zbyszek mnie przytulił, głaszcząc po głowie. Całkiem jak starszy brat, co bardzo mi się spodobało.
- Wiesz, że pozwolili mi się przenieść? – od razu mnie od siebie odsunął, a na jego twarzy pojawił się wielki uśmiech.
- To świetna wiadomość, tylko dlaczego płaczesz?
- To chyba tak na zapas. Myślałam, że mi nie pozwolą i zaczęłam beczeć. Zaskoczyli mnie.
- Cieszę się, że zostajesz- mruknął pod nosem, jakby chciał, żebym tego nie usłyszała. Więc udawałam, że nie słyszę. Wpadł mi do głowy pewien pomysł…
- Mam ochotę coś zrobić, ale myślę, że to się wam nie spodoba.
- Zrób to, przekonamy się – skoro dostałam pozwolenie, to nie mogłam się powstrzymać.  I takim sposobem kilka sekund później wszyscy w mieszkaniu i prawdopodobnie w bloku też usłyszeli okropny pisk i inne wrzaski, które mu towarzyszyły. Jestem taka szczęśliwa, pomyślałam i zaczęłam tańczyć na środku kuchni, a co!
***
- Rany boskie, Bartek, coś się dzieje! Wstawaj szybko! – zaczęłam nim potrząsać, bić go, żeby tylko wstał, a ja szybko pobiegłam do kuchni. Słyszałam, że wyleciał za mną z przerażoną miną. Spodziewaliśmy się wszystkiego – włamania, kradzieży, rodzącej kobiety w naszej kuchni, ninja… Ale nie spodziewaliśmy się tego, co zobaczyliśmy. Nie byliśmy pierwsi na miejscu zdarzenia, przed nami z salonu wybiegł Kubuś.
- Gdzie się pali? – zapytał półprzytomny, opierając się o ścianę – Zawiadomiliście straż?
- Kubuś, nie trzeba wzywać straży – wymamrotałam, widząc jak Młoda ze Zbychem tańcują w kuchni, strasznie się z czegoś śmiejąc. Prawdopodobnie z nas, bo dalej nie wiedzieliśmy o co chodzi i wpatrywaliśmy się w nich z dziwnym wyrazem twarzy i wytrzeszczonymi oczami. Zauważyłam, że Paula zarówno płacze jak się śmieje.
- Eee… Stało się coś? – zapytałam, chcąc wreszcie się czegoś dowiedzieć. Ona podbiegła do mnie i rzuciła mi się na szyję, aż się zachwiałam. Dobrze, że Bartek stał zaraz za mną i mnie przytrzymał.
- Zostaję, zostaję, zostaję! – krzyczała jak opętana.
- Rodzice pozwolili ci się przenieść? – zapytałam, żeby się upewnić.
- Tak, tata dzwonił i zgodzili się… Właściwie to on się zgodził, ale to wystarczy!  - nie pamiętam, żebym widziała ją bardziej zadowoloną. Zbyszek oparł się o stół, kręcąc głową z niedowierzania, kiedy zobaczył ten wulkan energii.
- To świetnie, naprawdę, genialnie – odetchnęłam, kiedy usłyszałam, że nie stało się nic złego. Oparłam się o Bartka, czując jak mnie obejmuje. Tak się martwiłam, a wszystko było w najlepszym porządku, a nawet lepiej.
- A gdzie jest Michał? – zapytał Bartek, zauważając nieobecność Kubiaka. Jarosz zdziwiony obejrzał się za siebie, myśląc, że jego kolega przyszedł zaraz za nim, ale nikogo za nim nie było. Wkroczyliśmy do salonu, gdzie tej nocy urzędowali siatkarze i zastał nas słodki widok. Otóż Misiu leżał na brzuchu na podłodze, pod głową miał zwiniętą poduszkę  z kanapy, a pod ręką wielkiego pluszowego słonia, który należał do mnie. Buźkę miał lekko rozchyloną i chrapał sobie w najlepsze.  Nim zdążyłam się zorientować, Kubuś położył się obok niego i zaczął go smyrać po karku.
- Kochanie… Pora wstawać… - mruczał mu do ucha seksownym głosem, a ż o mało nie parsknęłam śmiechem. – Kogut już piał…. Trzeba krowy wydoić….  – Michał uśmiechnął się, a potem nagle skrzywił i otworzył oczy.
- Jakie krowy? – zapytał sam siebie, po czym odwrócił się do Jarosza i dziko wrzasnął. Odsunął się od niego, zasłaniając moim słonikiem.
- Nie śpij, bo ci dziecko podrzucą – powiedział Jarosz z uśmiechem na ustach. Zanosiliśmy się śmiechem, patrząc na wrobionego Kubiaka, po czym Bartek dodał:
- Albo krowę.
***
Dawno się tak nie wyspałam jak tej nocy. Spałam twardym snem i wątpię, że ktoś dałby radę mnie obudzić. Kiedy otworzyłam oczy poraziło mnie światło słoneczne, co oznaczało, że jest już późno. W mieszkaniu było cicho, więc zapewne Cupko gdzieś przepadł. Na łóżku leżała tylko poduszka mojego przyjaciela, ale po jego osobie nie było żadnego śladu. Podniosłam się z łóżka i opuściłam stopy na podłogę. Dopiero wtedy zauważyłam, że jest jednak jakiś ślad jego obecności. Na podłodze, z powodu braku jakiegokolwiek stolika w moim pokoju, leżał duży talerz z kanapkami i karteczka.
- „Poszedłem sobie pobiegać, a Tobie żonciu, zrobiłem śniadanko J Mężuś” – przeczytałam na głos i parsknęłam śmiechem. Typowe żarty Konstantina, ja już mu pokażę żoncię tak, że mnie popamięta. Spojrzałam na ten talerz i cicho westchnęłam. To był naprawdę słodki gest z jego strony, zwłaszcza, że rano budzę się piekielnie głodna. Paradoksem jest to, że nie jadam śniadań, ale tym razem zrobiłam wyjątek i pochłonęłam wszystkie kanapki. A liścik schowałam na pamiątkę.
Też chciałam mu zrobić jakąś niespodziankę, więc chwilę po zjedzeniu posiłku znalazłam się w kuchni, zaglądając do lodówki i myśląc, co by upichcić. Nie za bardzo chciało mi się piec kolejne ciasto, choć jabłka kupiliśmy. Postanowiłam usmażyć mu trochę naleśników, nutella była w szafce tak samo jak dżem truskawkowy, więc powinno mu smakować.
Kiedy zaczynałam smażyć naleśniki, usłyszałam jak ktoś wchodzi do domu. Po cichu, jakby się bał, że kogoś obudzi. Jednak kiedy usłyszał hałas z kuchni i poczuł zapach przyrządzanego przeze mnie dania, nie omieszkał zaznaczyć swojej obecności.
- Kochanie, wróciłem! – wrzasnął, pojawiając się w kuchni. O mało patelni nie upuściłam, tak mnie wystraszył. Ale nie tym wrzaskiem, tylko tym, jak wyglądał. – Czemu się śmiejesz? – zapytał, spoglądając na mnie zdziwiony. Jednak ja nie mogłam słowa wydusić w tym temacie.
- Robię ci naleśniki, mężusiu. – mruknęłam cicho, czując jak łzy spływają mi po twarzy, tak się śmiałam. – Dziękuję za śniadanie. Postanowiłam się odwdzięczyć. – położyłam na stole talerz z dwoma naleśnikami przełożonymi nutellą.
- Ja mogę tak codziennie – powiedział zadowolony do granic możliwości, zacierając ręce.
- Nie przyzwyczajaj się. W końcu niedługo będziesz musiał wrócić do siebie. – od razu posmutniał i zrobiło się strasznie poważnie. Popatrzył na mnie i wysunął stołek obok siebie. Usiadłam, czekając co ma do powiedzenia.
- Nie zostawię cię tu samej. Jeżeli Młoda będzie musiała wracać do domu, to zostanę z Tobą. I nawet nie próbuj mnie przekonywać, żebym się wyprowadził. Przynajmniej na razie. Dobrze mi to z Tobą, przyjaciółko.
- Mi też, przyjacielu. – pstryknęłam go w nos i wróciłam do smażenia naleśników, a Cupko pochłaniał swoją porcję. Uśmiechnęłam się pod nosem, to co powiedział, było bardzo miłe. Właściwie było czymś najmilszym o czym ostatnio słyszałam. Jego dziewczyna będzie okropną szczęściarą, pomyślałam, po czym podałam mu kolejną porcję. Oczywiście nie chodziło mi o to, że będzie spędzać poranki przy patelni, smażąc naleśniki.
***
Zjedliśmy śniadanie  i chłopcy zaczęli się zbierać. W końcu musieli wrócić do domu, do swoich bliskich, żeby pokazać, że z kolejnego turnieju wyszli bez szwanku. Zwinęli swoje obozowisko z salonu, Zbyszek zabrał swoje rzeczy z naszej sypialni i chwilę potem zniknęli.
Sprzątałam właśnie po śniadaniu, kiedy do kuchni wszedł Bartek. Usiadł przy stole, nic nie mówiąc. Tylko patrzył na mnie, jakbym była nie lada atrakcją naszej kuchni. Przyzwyczaiłam się mówić na to miejsce, na mieszkanie, że jest nasze, choć wcale tak nie jest. Mieszkanie należy do Bartka, ja tylko z nim mieszkam. Jednak nie mogłam się powstrzymać, bo kiedy tak mówiłam, czułam, że jest przed nami jakaś przyszłość. To głupie, ale taka jest prawda. Dopiero, kiedy usiadłam naprzeciw niego, zobaczyłam co trzyma w ręce.
- To ten? – zapytałam cicho, wpatrując się w małą rzecz, w małą złotą rzecz, którą trzymał w dłoni. Przytaknął i położył go na mojej dłoni. Był bardzo lekki, nigdy nie przypuszczałam, że jest aż tak lekki. Obróciłam go w dłoni, wpatrując się w niego z uśmiechem. To co teraz trzymałam w dłoniach, było spełnieniem marzeń dla bardzo wielu osób, dla kibiców, którzy byli z nimi na dobre i na złe. Było spełnieniem marzeń także dla mnie, marzyłam o tym, żeby nadszedł taki dzień, kiedy nasza drużyna będzie najlepsza, kiedy to o nas będą mówić – to ci niepokonani. Teraz to marzenie się spełniło, kiedy mogłam potrzymać w ręce złoty medal olimpijski. 
- Jest Twój – powiedział, kiedy chciałam mu go oddać. – Grałem tam dla ciebie i chcę, żebyś to ty go miała.  – spojrzałam na niego zdziwiona.
- Nie mogę tego przyjąć, dobrze o tym wiesz. To jest dla ciebie zbyt cenne, ja…
- Ty jesteś dla mnie najcenniejsza, to nie podlega żadnej dyskusji. Przyjmij go, proszę. Wprawdzie muszę go założyć dzisiaj jak pojadę na obiad do prezydenta, ale po za tym jest Twój.  – wziął medal i zawiesił mi go na szyi. – Na tobie wygląda znacznie lepiej niż na mnie. Powinienem wziąć się ze sobą, jako najdroższy statyw świata.  – posadził mnie sobie na kolanach, przytulając do siebie. Nadal nie wiedziałam, co mam powiedzieć, więc milczałam.
***
Wszyscy się na nas gapili jak na kosmitów po tym szalonym tańcu w kuchni, ale zapomnieli o całym zdarzeniu, kiedy zainteresowali się śpiącym Kubiakiem. On dopiero zasługiwał na zainteresowanie! Zjedliśmy wspólnie śniadanie i chłopcy zdecydowali, że najwyższa pora wracać do domu.
- Muszę jechać po garnitur, bo po południu jesteśmy umówieni z prezydentem. Kurczę, nie wiedziałem jak to dziwnie brzmi – być umówionym z prezydentem. – siedziałam na łóżku, kiedy pakował swoje rzeczy. Dużo ich nie było, więc szybko skończył. Wzruszył ramionami, po czym usiadł koło mnie. – Będę się zbierał, mała. Bądź grzeczna i nie oglądaj się za facetami.
- A niby dlaczego nie?  - zapytałam żartobliwie, zakładając ręce na klatce piersiowej. Zbyszek popatrzył na mnie, a na jego twarzy pojawił się jego słynny uśmiech.
- Bo niedługo wrócę.  – powiedział poważnym tonem, po czym dodał – Naprawdę cieszę się, że zostajesz.
- To dobrze, bo ja też się cieszę. Bezpiecznej podróży – trochę speszona przytuliłam go mocno, na tyle, na ile dałam radę, po czym się od niego odsunęłam. Pstryknął mnie w nos, na co się skrzywiłam i zabierając torbę, wyszedł z pokoju. Kubiak już na niego czekał, Kubuś pewnie wyszedł wcześniej i nawet się nie pożegnał. Muszę mu to wypomnieć następnym razem. Siatkarze wyszli z mieszkania, Zbyszek zdążył mi jeszcze pomachać, przed zamknięciem drzwi.
Bartek siedział w sypialni, Ida sprzątała w kuchni, a ja nie miałam co ze sobą zrobić. Wróciłam do swojego tymczasowego pokoju, żeby zadzwonić do Ady. W końcu musiałam jej przekazać radosną nowinę oraz tą mniej radosną, że mój ojciec chce się z nią spotkać i zobaczyć mieszkanie.
 - Cześć Paula – usłyszałam po drugiej stronie, a potem coś w rodzaju ‘Cupko, masz już dość naleśników, ja też chce jednego zjeść’, co nie było skierowane do mnie. Przynajmniej mogłam wywnioskować, że dobrze im się razem mieszka, skoro już zajadają się naleśnikami. – Przepraszam, ale musiałam poskromić orangutana. – zaśmiałam się krótko, kiedy usłyszałam określenie Konstantina.
- Chciałam ci powiedzieć, że rodzicie się zgodzili i mogę przenieść się do Łodzi! – nie mogłam ukryć entuzjazmu, kiedy jej o tym mówiłam.
- To cudownie! Kiedy się wprowadzasz? – po tym pytaniu w tle dało się usłyszeć straszny łomot i ciche przekleństwo Ady. – To tylko Cupko. No, to kiedy się wprowadzasz?
- Niedługo. Tylko najpierw mój tata chce się z tobą spotkać i zobaczyć mieszkanie.
- Dobrze, nie ma sprawy. Kiedy przyjedzie?
- Kiedy tobie pasuje. Powiedział, że się dostosuje.
- To może po jutrze? Miejmy już to z głowy. Posprzątam, dopilnuje, żeby rzeczy Konstantina się nie walały po łazience i będzie git.
- Dobra, w takim razie dam mu znać. Nie pozabijajcie się tam nawzajem.
- O to się nie martw. Pa. – Ada się rozłączyła, a ja wysłałam tacie smsa z datą i adresem mieszkania przyjaciółki. Nie chciałam do niego dzwonić, jeden telefon dziennie jest wystarczający. Wyszłam do kuchni, żeby się czegoś napić. Zrobiłam to na tyle cicho, że Ida z Bartkiem nie zorientowali się, że stoję w progu. Uśmiechnęłam się, tak ładnie ze sobą wyglądają. Muszą naprawdę się kochać. I pomyśleć, że stało się to tak szybko…
- Nie chcę przeszkadzać, wezmę sobie tylko coś do picia. – powiedziałam z zamiarem szybkiego zniknięcia z kuchni.
- Nie przeszkadzasz, siadaj z nami – wcześniej nie przypuszczałam, że z Bartka jest taki miły chłopak. Teraz mogłam mówić o nic w samych superlatywach, jak o ideale. Bardzo go polubiłam, z resztą ja zawsze go lubiłam. Tylko dopiero niedawno go poznałam. Zauważyłam, że Idzie zwisa coś z szyi, co bardzo mnie zainteresowało.
- Czy to…? – nie mogło mi to przejść przez gardło, jakby dalej w to nie wierzyła. Jednak to wszystko okazało się prawdą, która już przeszła do historii. Ida przytaknęła, a Bartek ściągnął jej z szyi złoty krążek. Wzięłam go do ręki, czując jak przez myśli przelatują mi wszystkie te momenty, w których szalenie kibicowaliśmy chłopakom, te momenty, kiedy łamało nam się serce, gdy ktoś mówił o nich złe rzeczy i ich krytykował. Takie małe coś, a cieszy tak wiele ludzi nie tylko w Polsce, ale i na świecie.  – Jest piękny – powiedziałam, oddając go Bartkowi. Ten zawiesił go z powrotem na szyi swojej dziewczyny.

- Ale nie tak piękny jak moja dziewczyna – powiedział, kryjąc się za jej plecami. Ida zaczęła się śmiać, po czym mruknęła coś na temat, że przesadza, ale nie słyszałam dokładnie. Całkiem odpłynęłam pogrążając się w marzeniach, myśląc o tym, że kiedyś też chciałabym mieć taką rzecz, złoty medal olimpijski. 

sobota, 2 sierpnia 2014

" - A teraz pozwól tu do mnie, poprzytulałbym się."

Z góry przepraszam Was za moją nieobecność, ale pochłonął mnie remont ;) I nie miałam internetu, więc nie mogłam dodać nic nowego.
Zapraszam do przeczytania kolejnej części opowiadania! :)
Pozdrawiam, Wiśnia ;)


Kiedy Ada zabrała ze sobą tego serbskiego, wkurzającego siatkarza, w mieszkaniu zrobiło się nieco ciszej i spokojniej. Ida krzątała się po całym mieszkaniu, podśpiewując pod nosem bliżej mi nie znaną piosenkę. Nic dziwnego, stęskniła się za Bartkiem i chciała, żeby wszystko było w jak najlepszym porządku na jego przyjazd. Przyglądałam się jej z lekkim uśmiechem na twarzy, myśląc, że ja też chcę, żeby kiedyś mieć kogoś takiego jak Bartek. Kogoś kto będzie mnie kochał, czekał na mnie w domu, śmiał się ze mną i tolerował taką jaka jestem. Właściwie, wszyscy tego chcą i podświadomie o tym marzą. A ja ostatnio wyszłam na idiotkę i prawdopodobnie straciłam szansę na takie właśnie życie. Wcale nie wybiegałam w tak daleką przyszłość, ale przecież od czegoś trzeba zacząć. Na przykład od jednego, błahego spotkania i spojrzenia prosto w oczy.
- Naprawdę chcesz się przenieść? – nagle dotarło do mnie pytanie Idy, stała obok i przyglądała mi się.
- Chyba już o to pytałaś…
- Nie wiem, nie pamiętam. To jak?  - usiadła obok mnie i tak przez chwilę sobie milczałyśmy. – Dzwoń do rodziców, nie ma na co czekać. Niedługo sierpień się kończy i trzeba by było za szkołą się rozglądnąć.
- Im dłużej o tym myślę, to dochodzę do wniosku, że nie muszę ich pytać. Nie zgodzą się.
- To ich przekonamy, z nami nie zginiesz. A po za tym, myślę, że powinnaś się kierować siatkówką w takim sensie, że powinnaś grać. Nie ma na to lepszego miejsca jak tutaj.
- W jakimś stopniu na pewno masz rację. – westchnęłam cicho, po czym wybrałam numer rodziców. Ida wróciła do swoich zajęć, pokazując mi, że trzyma kciuki.
Po kilku sygnałach odebrała mama.
- Cześć słoneczko, kiedy wracasz do domu? – nie byłaby sobą, gdyby nie przeszła od razu do sedna.
- Chciałam o tym z tobą porozmawiać. Wiesz… Ostatnio długo nad tym myślałam i za każdym razem dochodzę do wniosku, że powinnam zmienić szkołę. Chcę grać mamo i nic na to nie poradzę.
- Zaskoczyłaś mnie, nigdy mi o tym nie wspominałaś. Nie wiem co mam powiedzieć… Muszę porozmawiać na ten temat z tatą…
- To powiedz mu, że chcę przenieść się do Łodzi. Mieszkałabym albo w internacie albo w mieszkaniu z Adą.  Mówiłam ci o nich.
- Do Łodzi? Boże kochany, ale skąd taki pomysł?
- Chcę być blisko swoich przyjaciół. Chcę grać mamo, a nie ma lepszego miejsca na granie niż to. Proszę was, przemyślcie to, nie odrzucajcie od razu tego pomysłu.
- Zastanowimy się. – rozłączyłam się, bo ton głosu mamy nie wskazywał na to, że chciała ze mną dłużej rozmawiać. Naprawdę wątpiłam w to, że się zgodzą, więc nie zostało mi nic innego tylko wracać do domu i pogodzić się z tym, że nie zawsze ma się co się zechce. A ja tak bardzo tego chciałam. Równie mocno jak tego, żeby Zbyszek się odezwał.
***
Wyciągałam właśnie naczynia ze zmywarki, kiedy Ada z Serbem wrócili z zakupów. Jak się okazało kupili więcej niż tylko jabłka, bo właściwie składniki na całą szarlotkę.
-Stwierdziłam, że kupię wszystko tak na wszelki wypadek jakbym musiała biegać z powrotem. A że miałam ze sobą tragarza, to żaden problem – postawili zakupy na stole w kuchni i zaczęli wszystko wyciągać z siatek. Ada zaczęła się rozglądać z podejrzliwą miną, jakby czegoś szukała. – Gdzie Młodą wywiało?
- Pewnie poszła do pokoju. Rozmawiała z rodzicami na temat zmiany szkoły i nie jest w zbyt dobrym humorze. – Ada stanęła na środku z założonymi na piersiach rękami i znowu dała popis swojego głosu.
- Młoda, chodź tu!  - Paula pojawiła się w kuchni z nieciekawą minką, czekając na to aż Ada powie co od niej chce. – Obieraj jabłka, musimy jakoś współpracować. Tej – wskazała na mnie – do kuchni nie wpuszczamy, bo wszystko zepsuje.
- Och, jak to miło, że we mnie wierzysz – przewróciłam teatralnie oczami i tak jak mnie poprosiły, choć nie bezpośrednio wyszłam z kuchni. A Konstantinowi pozwoliły zostać! Wredne małpy.
Nie mogłam się już doczekać, kiedy w końcu zobaczę Bartka i będę się mogła do niego przytulić. Chodziłam po domu, niecierpliwiąc się jeszcze bardziej i nie wiedziałam w co ręce włożyć. Ostatecznie wzięłam laptopa i zaczęłam oglądać materiały ze Spały. Jednak po kilku minutach tęskniłam jeszcze bardziej. Wręcz wściekła, słysząc śmiechy z kuchni, rzuciłam laptopem o sofę i wparowałam do kuchni. Gdy otwarłam drzwi, nie wiedziałam, czy jestem bardziej zła na nich, że upierdzielili mi kuchnie czy na to, że nie mogłam z nimi jej upierdzielić.
- Ups – mruknął Cupko, próbując strząsnąć ze swoich nastroszonych włosów mąkę. Jednak marnie mu to wychodziło, więc wsadził głowę pod kran i zaczął myć włosy. Moi przyjaciele są chorzy psychicznie, naprawdę.  – Ała! – wrzasnął, kiedy oberwał ode mnie na pół obranym jabłkiem.
- Dom wariatów – mruknęłam pod nosem i zaczęłam obierać jabłka, czując na sobie wzrok Ady – Ani słowa, jabłka potrafię obrać.  – i tyle było gadania. Musiałam się kontrolować, żeby przypadkiem nie ryknąć śmiechem kiedy zerkałam na Młodą z mąką na nosie i włosach albo na Adę z ufajdaną koszulką.
Udało nam się zrobić tą szarlotkę, która już pachniała z pieca. Ja tymczasem zabrałam się za mopa i wiadro i zaczęłam myć podłogę. Trzech muszkieterów padło przed telewizorem, prawdopodobnie drzemiąc. Zerknęłam na zegar, jeszcze tylko kilka godzin i Bartek będzie w domu.
***
Nawet nie zdążyłam zauważyć, że Konstantin zniknął, a on znowu się pojawił. Tym razem strasznie zmachany i zmaltretowany.
- Ktoś cię gonił może? Fanki jakieś? – zapytałam Serba, który tylko uśmiechnął się, nic nie odpowiadając. Chwilkę później pojawiła się Ada, gotowa do wyjścia.
- Stwierdziliśmy, że Cupko dzisiaj się wprowadzi. Im szybciej tym lepiej. – pozostało mi tylko wzruszyć ramionami, nie miałam nic do gadania. Otwarłam przyjaciołom drzwi, jednocześnie się za nimi chowając, a Ada z Konstantinem wybuchli śmiechem.
- Co was tak śmieszy? Postanowiliście zostać? – naprawdę nie wiedziałam o co im chodzi. Stałam za tymi drzwiami, czekając aż przez nie przejdą.
- Wiesz… Zrobi się raczej tłoczno, więc już pójdziemy.  – szybko wyszli, a na klatce zapanowało poruszenie. Dopiero kiedy miałam zamykać zorientowałam się o co im chodziło.
-Aaaaaaa! Miałeś być wieczorem! – rzuciłam się Bartkowi na szyję, kopiąc nie chcący przy tym Zbyszka z głowę, który akurat drapał się po łydce. – I kolegów przyprowadziłeś. – oprócz Zbyszka zawitał też Kubiak i Kuba. Wpakowaliśmy się razem do mieszkania. – Tęskniłam – mruknęłam Kurkowi do ucha.
- Ja bardziej, słońce.  – Zbyszek od razu wpakował się do kuchni, dziwnie poruszając nosem.
- Co tak ładnie pachnie? – zapytał, nie mogąc zidentyfikować zapachu.
- Szarlotka. Ada zrobiła. – usłyszałam zza siebie głośne chrząknięcie, a kiedy się odwróciłam spotkałam się z karcącym spojrzeniem Młodej.  – No tak, z Młodą oczywiście. Chłopcy pamiętacie Młodą – dwa Kubusie pokiwały głową, puszczając Pauli oczko, a Zbyszek nadal rezydował w kuchni.
- Nałożę – pisnęła Paulina i z zamiarem wbiegnięcia do kuchni podskoczyła i …. Wpadła na Zbycha. Zbych zrobił wielkie oczy, Młoda zrobiła się czerwona i wytrzeszczyła oczy. Cofnęła się krok do tyłu, po czym zwiała. Schowała się w pokoju. Między nami zrobiło się cicho, nikt się nie odzywał. Dopiero chwilę później Michał walnął się w czoło i zaczął się śmiać.
- ZB9 wystraszyło małą dziewczynkę – mruknął, nie mogąc powstrzymać śmiechu. Bartek chrząknął znacząco i sam wszedł do kuchni, żeby wyciągnąć ciasto. Poszłam za nim i wyciągnęłam talerzyki dla wszystkich. Pokroiłam ciasto, nałożyłam tym głodomorom i zaniosłam jeden kawałek Paulinie. Znaczy chciałam zanieść. Pociągnęłam za klamkę, ale drzwi nie ustąpiły.
- Co jest – mruknęłam, próbując dalej, ale na nic się to zdało.  – Młoda, ciasto masz pod drzwiami. Nie przejmuj się, choć do nas.
- Nie! Ale ciasto zostaw. – usiadłam pod ścianą naprzeciw drzwi i czekałam. Chwilę później dołączył do mnie Zbyszek. – Zamknęła się.
- Nie możliwe, jak dobrze pamiętam Bartek zgubił klucz.
- Aha, dobrze wiedzieć. Możesz mi zdradzić pewną tajemnicę?
- Mogę, ale zależy jaką – mrugnął do mnie porozumiewawczo.
- Lubisz ją? – skinęłam głową w kierunku drzwi. – I co zamierzasz z tym zrobić?
- Nie wiedziałem co mam jej odpisać. Ale chciałem. Lubię ją i chcę zobaczyć co z tego wyjdzie.
- W takim razie droga wolna – Zbyszek pomógł mi wstać, po czym podszedł do drzwi i z całej siły na nie naparł. Po drugiej stronie rozległ się trzask, ale drzwi odpuściły.
- Zbychu, płacisz! – krzyknął Kurek, wychylając się z kuchni – Znowu zepsułeś mi krzesło. Apropos, kochanie, przedstawiam ci nowego atakującego Skry Bełchatów. A teraz pozwól tu do mnie, poprzytulałbym się.
I jak tu go nie kochać?
***
Siedzieliśmy z chłopakami, jedząc tą szarlotkę, a właściwie wpatrując się w puste talerze z okruszkami, które zostały. No i jeden z nietkniętym przez Zbyszka kawałkiem. Ja ledwo zdołałam wyrwać kawałek dla siebie, takie z nich żarłoki.
- Co miałaś na myśli, mówiąc, że wszystko się wali czy coś w tym rodzaju? – zapytał mnie Bartek, kiedy chłopcy rozwalili się na kanapie w salonie przed telewizorem. Siedziałam u niego na kolanach, nie mając ochoty się nigdzie ruszać.
- Musimy teraz o tym rozmawiać? Nie psuj chwili, dobrze jest. – mruknęłam, na co on tylko się zaśmiał. – Rozważam zakaz wypuszczania cię gdziekolwiek beze mnie.
- Bardzo mi się taki zakaz podoba, najchętniej w ogóle bym się z Tobą nie rozstawał. Zbyszek coś długo tam siedzi…
- Dzisiaj może, jutro nie koniecznie. Wiesz, że Młoda chce się przenieść do Łodzi? Rozmawiała nawet na ten temat z rodzicami, znaczy przedstawiła im swój pomysł.
- Ale nie będzie z nami mieszkać? – Bartek się przeraził, co wprawiło mnie w wielkie rozbawienie.
- Nie, nie będzie. Teraz zostanie na kilka dni, a potem, jeżeli jej rodzice się zgodzą, to będzie mieszkać z Adą lub w internacie.
- Ada się zgodziła?
- Tak, ale tutaj już wkraczamy na grząski grunt. Jutro o tym porozmawiamy, teraz chodź do chłopaków.
***
- To już ostatnie – mruknął Cupko, zamykając drzwi do mieszkania. Swoją drogą, nie wiedziałam, że on będzie miał tyle rzeczy ze sobą. W końcu miał się przeprowadzić tylko na jakiś czas, dopóki nie dowie się z kim przyjdzie mu dzielić mieszkanie.
- Możesz zająć ten pokój – pokazałam mu stary pokój Adriana. Otwarłam mu drzwi, bo niósł w rękach wielkie pudło z jakimiś drobiazgami. Trochę mnie zdziwiło, że pokój całkiem opustoszał. Zostały tylko meble. W szafie nie było ani jednej koszulki czy innych rzeczy należących do Adriana. W pewnym momencie zrobiło mi się naprawdę przykro. Przecież jesteśmy przyjaciółmi, a on nie powiedział ani słowa, ani jednego słowa. Wyjechał nagle, paląc za sobą mosty, twierdząc, że to szkolenie czy co to tam było, jest na tyle dla niego ważne. Rozumiem, to jego pasja, marzenia, ale dlaczego nie podzielił się tym z nami? Ida już postawiła na nim krzyżyk, co wydawałoby się najłatwiejszą decyzją. Jednak było na odwrót, bardzo go lubiła, szanowała i liczyła się zawsze z jego zdaniem. Wbrew pozorom nie był ideałem, a jego najgorszą wadę stanowiły ciągłe zniknięcia i niedopowiedzenia. Tym razem przesadził, a ona postanowiła, że nie chce już tego więcej znosić. Adrian nie zdawała sobie sprawy z tego, że nam na nim zależy i robił co chciał. My nie potrafiłyśmy natomiast przyznać, że w dużym stopniu się dla nas liczy.
- Szybko się wyniósł – Konstantin położył pudło na ziemi i odwrócił się w moją stronę. – Czas szybko zleci i wróci, zobaczysz.
- Wiesz, Ida nie chce żeby wracał, więc może lepiej będzie jak nie pokaże się jej więcej na oczy.
- A ty, czego chcesz? – wzruszyłam ramionami, nie wiedziałam. Nie potrafiłam mu odpowiedzieć na to pytanie, przynajmniej w tym kontekście.
- Teraz chcę, żebyś ze mną pomieszkał, więc rozpakuj się, a potem zamówimy coś do jedzenia, bo nie zrobiłam zakupów.
- To pójdziemy razem na te zakupy, dobrze nam to wychodzi. Ciekawe, czy bylibyśmy dobrym małżeństwem…
- Cupko!

- No co? Tak tylko myślę.
***
Chciałam mieć trochę świętego spokoju, naprawdę. Chciałam położyć się na łóżku i trochę powzdychać, żeby przywrócić normalną barwę moim policzkom i zapomnieć o kolejnym upokorzeniu. Że też znowu musiałam zrobić z siebie idiotkę! Najpierw te smsy, teraz to… Los mnie nie oszczędza. Może lepiej, gdy rodzice się nie zgodzą na moją przeprowadzkę. Wtedy będę mieć święty spokój z siatkarzami i innymi problemami z nimi związanymi.
Przymknęłam oczy, leżąc tyłem do drzwi i zastanawiając się czy powinnam tak uciekać. Znaczy wiem, że nie powinnam, ale może wypadałoby tam wrócić i posiedzieć z nimi? Nigdy nie izolowałam się od ludzi, zawsze wolałam przebywać w towarzystwie. Ale nie lubiłam tego jak robiłam coś głupiego przy ludziach. Leżałam na skraju łóżka, kiedy nagle, ni stąd ni zowąd coś rąbnęło. Podskoczyłam na łóżku, czego skutkiem był upadek na cztery litery, bo leżałam za blisko brzegu. Nie wiedziałam co się stało, więc schowałam się za łóżkiem, wystawiając tylko oczy, bojąc się tego, co ewentualnie zobaczę. Albo kogo. Po chwili zorientowałam się, że moje barykady puściły i krzesło leży w częściach. Boże! Jeszcze nie widziałam nikogo, kto potrafiłby wyłamać drzwi…
- Nie wyjdziesz się przywitać? – usłyszałam jego głos i walnęłam się w czoło. Dlaczego nie wpadłam na to, że to może być on? – Paula, no wychodź. Przyniosłem ci ciastko. – stał w jednym miejscu, bo nie słyszałam żadnych kroków. Dopiero kiedy pojawił się obok mnie z wyciągniętym talerzem na ręce i z pięknym uśmiechem na twarzy. Wstałam z podłogi, zauważając, że nawet do ramienia mu nie dorastam.  – Czekałem aż się odezwiesz, naprawdę. Inaczej nie dałbym ci tego numeru.
- Naprawdę? – przytaknął, po czym zrobił coś, czego nigdy bym się nie spodziewała. Odłożył talerzyk na łóżko i mocno mnie przytulił. Byłam tak zaskoczona, że prawie zapomniałam oddychać.
- Ale ty jesteś malutka. – uderzyłam go w ramię, w ten sposób protestując. Nie lubiłam, kiedy ktoś porusza temat mojego wzrostu, zwłaszcza jeżeli go to bawi. – I waleczna.
- Gdzie masz swoje ciastko? – zapytałam cicho, jakby to była tajna sprawa rangi rządowej. Po raz pierwszy podniosłam wzrok i widziałam coś innego niż mięśnie i koszulkę. Spojrzałam mu w oczy.
- Pewnie już mi je zjedli, głodomory. Ale twoje jest ocalone.
- Podzielę się z tobą – powiedziałam i przekroiłam kawałek na pół. Na mniejsze pół dla mnie i większe dla niego. Nigdy nie byłam dobra z matematyki.  – Trzymaj – podałam mu talerzyk z jego częścią, zjadając swoją.
- Dzięki. I apetyt też masz – zaśmiał się krótko, ścierając palcem cukier puder z mojego nosa. Z pewnością zrobiłam się czerwona jak jego koszulka, ale jakoś mnie to nie przerażało. Już nie.  – Wrócimy do nich? Na pewno stworzyli sobie niesłychanie pikantną historię…
- Przestań! Gorszysz mnie, mam siedemnaście lat.  – powiedziałam hardo, jak to zawsze w takich przypadkach.
- Wyglądasz na mniej – powiedział odrobinę rozbawiony sytuacją. Zaparłam się pod boki, stukając stópką w podłogę.
- Zbychu, bo zjem ci ciastko! – zagroziłam, po czym brunet podniósł ręce w geście poddania. Podeszłam do drzwi oglądając klamkę, na szczęście wyszła z tego bez szwanku, czego nie można było powiedzieć o krześle. – Ciekawe co Bartek na to powie – wskazałam na resztki krzesła na podłodze.
- Nie pierwsze i nie ostatnie. Odkąd Bartek zgubił klucz to chyba czwarte krzesło w szczątkach.
- A już myślałam, że jestem genialna i zapewniłam sobie trochę świętego spokoju.
- Ode mnie? Na pewno nie. Tym bardziej, że od przyszłego sezonu gram w Skrze.  – mrugnął porozumiewawczo, po czym przepuścił mnie w drzwiach.
- To nie jest powiedziane, że się tu przeniosę.
- A przenosisz się?
- To zależy, czy rodzice się zgodzą – na twarzy Zbyszka pojawił się cień zamyślenia. W końcu, niczym Pomysłowy Dobromir, pstryknął palcami, oświadczając w ten sposób, że wpadł na jakiś pomysł. – Słucham, geniuszu.
- A jeżeli odstawię przed nimi szopkę, że kocham cię nad życie i usycham bez ciebie?
- Tym bardziej się nie zgodzą – przewróciłam oczami i wyszłam z pokoju. Chociaż z drugiej strony…. Chciałabym to zobaczyć!
***

sobota, 12 lipca 2014

" - I z czego rżysz, Yogi?"

Położyłam się na łóżku z tysiącami myśli w głowie. Nie chciało mi się płakać, byłam tylko wściekła do granic możliwości. Nie mieściło mi się w głowie, że On może zrobić coś takiego, że przez tyle dni nie powiedział ani słowa o swoim wyjeździe! Teraz istniał już dla mnie jako On, choć myślę, że i taki stan rzeczy nie będzie długo trwał. Wszystko zaczęło się psuć, nasza przyjaźń przede wszystkim. Nachodziła mnie myśl, że gdyby nie tamten mecz, kiedy razem z Adą poznałyśmy siatkarzy, wszystko byłoby w normie. Studiowalibyśmy w Krakowie, blisko domu, dalej bylibyśmy przyjaciółmi , którzy szanują się nawzajem, rozmawiają ze sobą o wszystkim. Z drugiej strony, teraz nie byłabym z Bartkiem. Kto wie, może byłby dalej z tamtą dziewczyną, ślepo w niego zapatrzoną? Mimo wszystko nie cofnęłabym czasu, bo moje życie się zmieniło odkąd poznałam Bartka, zmieniło się na lepsze.
Ściągnęłam go telepatycznie, bo moment później zadzwonił telefon z Bartkiem na wyświetlaczu. Uśmiechnęłam się pod nosem i odebrałam. Przywitał mnie diabelski okrzyk ‘mamy mistrza’ pochodzący z gardeł samych wyrośniętych Miśków.
- Wiem, wiem, oglądałam. Całe osiedle zawrzało. Kiedy wracacie? – po drugiej stronie usłyszałam głos Bartka, aż po chwili wszystkie pozostałe zniknęły.
- Coś się stało, czuję to.
- No mamy tu trochę problemów, to prawda, a najgorsze jest to, że coraz bardziej tęsknie.
- Jutro wieczorem będę w domu. Nie przyjeżdżaj na lotnisko, spotkamy się w domu, słońce. Ale powiedz mi chociaż co się stało.
- Chyba raczej co się nie stało. Nasz dom jest teraz pełen ludzi, wiesz? To nie jest rozmowa na telefon, jutro wszystkiego się dowiesz. I może też coś zaradzisz. Kocham cię, mistrzu olimpijski.
- Ja ciebie bardziej, złotko.  – zaśmiałam się cicho.
- Uważaj, żeby to złoto ci się na mózg nie rzuciło!
- Jako moje złotko możesz się po mnie rzucać ile chcesz, nawet na mój mózg. – wiedziałam, że rozmowa z nim mi pomoże. Przecież to on jest lekarstwem na całe zło tego świata i nawet na najgorszej kategorii problemy. Rozłączył się ponaglany przez kolegów, pozostawiając mnie z uśmiechem na ustach. Podniosłam się z łóżka, zerkając w stronę drzwi. Chyba przyszedł czas, żeby stawić czoło tym wszystkim, pojawiającym się nagle, problemom.
Otworzyłam drzwi i powolnym krokiem przeszłam do kuchni, jednak tam nikogo nie było. Wyłączyłam światło i przeszłam do pokoju. Znalazłam ich siedzących nad pizzą, oglądających wiadomości sportowe. Kiedy weszłam do pokoju, oczy całej trójki zwróciły się na mnie.
- Przepraszam, że tak się zachowałam, ale musiałam pobyć trochę sama. Zostawiliście coś dla mnie? – zawsze jak coś mnie trapiło, cokolwiek by to nie było, robiłam się potwornie głodna. Uwielbiam jeść, bo to przesłania mi wszystko, co mnie martwi, denerwuje czy stresuje.
- Podwójne frytki i duży sok pomarańczowy, wiedzieliśmy, że będziesz głodna. – Ada wskazała opakowanie stojące na stoliku obok nich, na którego widok mój żołądek bardzo się ucieszył.  – Bartek dzwonił?
- Tak, właściwie to wszyscy dzwonili, szaleją. Bartek będzie jutro wieczorem, mówił, żebym nie przyjeżdżała na lotnisko. Mam wrażenie, że próbujemy jakoś odsunąć to wszystko na bok. Mam na myśli to, co się dzisiaj wydarzyło. 
- Masz rację – Ada zrobiła mi miejsce obok siebie – Ale chyba to nie ma sensu, prawda? Im szybciej się z tym uporamy, tym lepiej.  – usiadłam obok niej, pochłaniając frytki. Oczywiście nie byliby sobą, gdyby nie jedli ich razem ze mną. Nie zwróciłam to jednak uwagi.
- Nie pozostaje nic innego, tylko rozpocząć spotkanie sztabu antykryzysowego  - Młoda stanęła przed nami ze śmiertelnie poważną miną. – Punkt pierwszy – obecna tutaj obywatelka Paulina, zwana Młodą chce być blisko was i się przenieść. Kto jest za? – wytrzeszczyłam oczy ze zdziwienia tak samo jak Ada, a Cupko upuścił ostatni kawałek pizzy na ziemię.
- Jak to przenieść? – zapytałam nieśmiało, choć doskonale wiedziałam o co jej chodzi.
- Zmienić szkołę, przenieść do Łodzi lub Bełchatowa. Mieszkałabym albo w internacie albo z Adą, co jest punktem drugim naszego spotkania. Skoro Adrian wyjeżdża, to zwalnia się miejsce, a Ada nie będzie mieszkać sama…
- Zanim przejdziesz do kolejnego punktu – czy twoi rodzice coś wiedzą na temat twojego genialnego pomysłu?
- Nie, bo wpadłam na to będąc tutaj. Jeżeli się zgodzicie, znaczy jeżeli Ada się zgodzi, to jakoś to z nimi załatwię. Ale zgódźcie się, proszę! – spojrzałam na Adę, na jej twarzy nadal malowało się przerażenie połączone z niedowierzaniem. Kiedy zorientowała się, że wszyscy się na nią patrzą, chrząknęła znacząco.
- Tymczasem przejdźmy do kolejnych punktów spotkania sztabu – powiedziała cicho, dalej nie wierząc w to, co powiedziała Paulina. Według mnie to wcale nie był taki zły pomysł. Adzie teraz przydałby się ktoś na miejscu kto by się nią zajął, a Młoda (mimo że nie jest jeszcze pełnoletnia) dobrze by się nadawała do spełnienia tej roli – Jeżeli chodzi o moje mieszkanie, to mamy czas do końca miesiąca, żeby podzielić z kimś koszty. I tym oto stwierdzeniem przejdźmy dalej…
- A co ze mną? – spytał Cupko – Aleks wyjeżdża, zostanę sam.  – zrobiło mi się go żal, naprawdę. W końcu w jest w Polsce od niedawna, nie ma tak wielu znajomych i ma wolne mieszkanie klubowe. Tak, mieszkanie klubowe, takie jak to, w którym teraz jesteśmy.
- Może zrobimy tak – Cupko na razie wprowadzi się do Ady, co będzie rozwiązaniem na jego samotność, Młoda pogada z rodzicami, choć myślę, że na zwykłej pogawędce się nie skończy i w najgorszym wypadku zamieszkacie we trójkę. Skra musi załatwić jakiegoś atakującego, więc wkrótce Cupko będzie miał kolegę i będziecie mogły mieszkać we dwie.  – kiedy skończyłam w pokoju zapadła cisza i wszyscy się we mnie wpatrywali. – No co? Zły pomysł?
- I to, proszę państwa, jest nazywane trzeźwym myśleniem! – krzyknęła Młoda, przypominając teraz swoim zachowaniem trenera zachęcającego swoich podopiecznych do walki.
***
Leżałam w jednym z pokoi mieszkania Bartka Kurka. Obok mnie, na łóżku spała spokojnie Paulina, a na podłodze spał Konstantin. Stwierdził, że nie będzie sam spał w salonie i zwyczajnie położył się obok łóżka na podłodze. Ja nie mogłam spać, nie byłam w stanie po tym wszystkim normalnie spać. Ten dzień był wielkim koszmarem, nie tylko dla mnie z resztą. Jeszcze nie widziałam takiej sytuacji, w której Adrian wytrąciłby Idę z równowagi i żeby ona była na niego tak wkurzona. Nawet głupi, nie znający nas człowiek, zauważyłby, że to koniec tej przyjaźni. Z nierozłącznej trójki, staliśmy się nierozłączną dwójką. Zostałyśmy tylko my – ja i Ida oraz siatkarski świat. Nie wiem, co Adrian teraz planuje, ale mam nadzieję, że mu się to uda, tak jak udało się to Idzie. Bo mnie się nie udało, co uświadomiłam sobie wczoraj. Nie stoję po stronie Adriana, ale myślę, że to jest mu potrzebne, że w końcu chce zrobić coś dla siebie. To, że był tutaj z nami, że poświęcił swoje wcześniejsze plany, to było dla nas. Wpatrywałam się w sufit, mając nadzieję, że sen niedługo przyjdzie, słuchałam spokojnych oddechów swoich przyjaciół. W pewnym momencie usłyszałam bliżej nieokreślony dźwięk koło łóżka. Wychyliłam się lekko, żeby nie spaść na Cupko, zobaczyłam, że dzwoni jego telefon. Widocznie przed pójściem spać położył go obok siebie na podłodze. Zobaczyłam znajome imię na wyświetlaczu i wszystko nagle wróciło. Tamte słowa, jego wzrok, deszcz, Adrian, dosłownie wszystko. Łzy znowu zaczęły spływać po moich policzkach, mocząc poduszkę. Miałam dość tego, że to ciągle wraca i nie daje o sobie zapomnieć, że na każdą wzmiankę o nim zaczynam płakać. Miałam dość tego, że dalej go kocham.
***
Obudziłam się wcześnie rano, nawet nie wiem, która była godzina. Obróciłam się na bok i zobaczyłam ślady łez na policzkach Ady. Bardzo jej współczuję, nie chciałabym, że mnie przydarzyło się coś podobnego. Wczorajszy dzień spowodował, że widziałam niektóre sprawy w innym świetle, na przykład mój kontakt ze Zbyszkiem. O ile te smsy można nazwać kontaktem.  Po wczorajszym dniu jestem coraz bardziej pewna, że powinnam się przenieść. Oni traktują mnie jak przyjaciela, w pewnym stopniu liczą się nawet z moim zdaniem, może liczą też na moją pomoc. Bo wczorajszy dzień udowodnił, że oni teraz potrzebują pomocy.
Powoli wysunęłam się spod kołdry, żeby nie obudzić Ady. Stanęłam na podłodze i przeciągając się przeszłam na drugą stronę. W pewnym momencie zawadziłam o coś nogą i ledwo utrzymałam równowagę. Przeklinałam się w myślach za swoją nieskończoną głupotę, słysząc cichy pisk z podłogi. Ocuciłam się szybko i spojrzałam na podłogę, gdzie wyciągnięty jak długi, zaskoczony do granic możliwości, leżał Cupko. Poczułam, że robię się czerwona, ale wcale nie ze wstydu, tylko z wściekłości. Boże, jak ten goryl mnie wystraszył! Warknęłam cicho i schylając się, chwyciłam koc na którym leżał i pociągnęłam go do przedpokoju, a potem do kuchni. Miał z tego niezłą radochę, podczas kiedy ja miałam ochotę go zabić.
- Nie mogłeś sobie znaleźć jakiegoś bardziej ludzkiego miejsca do spania, dryblasie? O mało nie obudziliśmy Ady!
- To nie moja wina, że jestem taki długi i moje nogi wystawały zza łóżka. Jak przyszedłem tam to już spałaś.
- To trzeba mnie było obudzić i poinformować o tym, że łaskawie zajmujesz podłogę.
- Chciałem, ale Ada mnie powstrzymała. Powiedziała, że jak cię obudzę, to zaatakujesz mnie jak ten…. No… Agresywny pies.
- Rodwailer. Tak, rzeczywiście miała rację. Uważaj, to tylko namiastka tego, na co mnie stać – powiedziałam, mierząc go wzrokiem, który z pewnością mógłby zabijać. Lekko go przeraziłam, co napawało mnie dumą. W końcu ja, ze swoim niskim wzrostem, wielkim sercem i donośnym głosem, przestraszyłam wielkiego wzrostem i duchem siatkarza. I niech mi ktoś jeszcze powie, że mali nie są groźni!
***
Jak zawsze kiedy nękały mnie problemy nie mogłam długo zasnąć. Cały czas zastanawiałam się nad tym jak teraz będzie wyglądać nasze życie, myślałam nad tym, co powiedziała Paulina, wyjazd Adriana ciągle mnie dręczył. Że też to wszystko musiało zwalić się nam na głowę w tym samym momencie! Jakby ktoś tam na górze chciał sprawdzić, czy damy sobie radę sami, będąc daleko od domu. Wcześniej nie miałam co do tego żadnych wątpliwości, ale wcześniej wszystko układało się jak s płatka. Teraz sprawy miały się trochę gorzej, jednak nie było jeszcze źle. Ada jest silna, poradzi sobie z tym rozczarowaniem i prędzej czy później sobie kogoś znajdzie. Jestem tego pewna, że już niedługo tak właśnie będzie. Kto wie, może nawet to będzie Konstantin? A co do Adriana… Dla mnie już przestał istnieć, naprawdę, jeśli mam być szczera sama ze sobą i jeżeli o mnie chodzi, to może już nie wracać. Nie życzę mu źle, nie po tylu latach, jednak nie chciałabym, żeby któregoś dnia zapukał do drzwi i powiedział ‘wróciłem’, myśląc, że wszystko jest w porządku. Adrian jest do tego zdolny, przekonałam się o tym wiele razy. Lepiej, żeby było tak jak jest teraz, żeby jego nie było.
Zastanawiało mnie też to, czy rodzice Pauliny od ręki zgodzą się na tak duże zmiany w jej życiu. Przeprowadzka do obcego miejsca, możliwe, że do internatu, zmiana szkoły, otoczenia. Wiedziałam, że sobie poradzi, bo ona zawsze sobie radzi. Potrafi wychodzić z sytuacji kryzysowych bez szwanku, potrafi poświęcić się dla przyjaciół. Myślę, że chęć tych zmian właśnie z tym się wiąże – z poświęceniem. Skoro ona uważa, że coś jest nie tak i że razem z nią, poniekąd, będzie nam lepiej, to nie mam nic przeciwko widywać ją częściej niż do tej pory. Bo tak na pewno się stanie, jeżeli jej rodzice się zgodzą. Dodatkowo dochodzi ta sprawa ze Zbyszkiem… W ty miejscu nie wiem, czy powinnam w ogóle zaprzątać sobie tym głowę, jednak coś nie daje mi spokoju. Paulina jest od nas młodsza, Zbyszek jest ode mnie starszy, co razem daje różnicę wieku. Nie wiem, czy powinnam mieszać się w tą sprawę, nie wiem czy Zbyszek jest dobrym materiałem na chłopaka dla Pauliny. Może brzmię teraz bardziej jak matka niż siostra, ale skoro Młoda miałaby się tutaj przenieść, to sądzę, że pod naszą opiekę. I jeżeli tak się stanie, będzie musiałam dokładnie przemyśleć to, czego Zbyszek może chcieć.
I tak zeszło mi pół nocy na rozmyślaniu, dopóki nie zasnęłam. A potem, zakładam, że wcześnie rano, obudziła mnie czyjaś rozmowa. Mruknęłam niezadowolona, próbując ignorować te głosy, jednak miałam wrażenie, że ich intensywność powoli wzrastała. Odrzuciłam więc kołdrę na bok i wyszłam z pokoju. Z pół przymrużonymi oczami weszłam do kuchni i stanęłam jak wryta. Przetarłam oczy, żeby widzie dokładniej, po czym parsknęłam śmiechem. Na podłodze leżał Konstantin na kocu z salonu, a nad nim stała Młoda wsparta pod boki z władczą miną. Sytuacja naprawdę komiczna, aż musiałam usiąść, żeby nie paść obok Cupko.
- Możesz mi powiedzieć, co w tym takiego śmiesznego? Ta mała pchła mnie terroryzuje! – serbski przyjmujący był naprawdę przerażony, co czyniło to zdarzenie coraz bardziej śmiesznym.
- Pchła?! Ja ci zaraz pokażę pchłę! – zaczęłam zalewać się łzami ze śmiechu, kiedy zobaczyłam jej reakcję. Jeszcze nigdy nie widziałam jej takiej wkurzonej jak teraz. Stała jak oprawca nad biednym Serbem, teraz uzbrojona w wałek do ciasta. Nawet nie wiedziałam, że mamy wałek do ciasta! Tym bardziej nie miałam pojęcia jakim sposobem tak szybko go znalazła pod ręką! Cupko zaczął się odsuwać w kierunku drzwi z oczami wielkości pięciozłotówek, jednak marnie mu to szło, bo koc na którym leżał, ślizgał się po kuchennych płytkach. W rezultacie po zrobieniu kilku kroków, padł na ziemię jak długi, jak się okazało, wprost pod nogi Ady, która nie wiedziała co się dzieje. Stała w przejściu z podpuchniętymi oczami i słodką minką, którą zapewne wywołało zdezorientowanie. Wiedziałam, że nie powinnam, ale zaczęłam się śmiać jeszcze bardziej, ponieważ jej wygląd skojarzył mi się z czymś dziwnym.
- Ja wiem… że nie powinnam… ale… wyglądasz…. Jak Bubu! – wydusiłam w końcu ześlizgując się na podłogę. Paulina i Konstantin całkowicie przestali się nagle sobą interesować i wpatrywali się we mnie jak w osobę chorą psychicznie, która właśnie wyszła z ośrodka zamkniętego. Ada wpatrywała się we mnie natomiast jak w skończoną idiotkę.
- Że co, kuźwa?! – wyszeptała chwilę później, a w kuchni zapadła cisza. Znaczy, słychać było tylko mój śmiech, od którego już bolał mnie brzuch.
- Bubu. – w tym momencie cisza została przerwana i do mojego śmiechu dołączył się śmiech Pauli i rechotanie Cupko. Ada patrzyła na nas z niedowierzaniem, aż w końcu sama zaczęła się śmiać, poprzedzając swój wybuch śmiechu jednym zdaniem.
- I z czego rżysz, Yogi?
***
Reszta jadła śniadanie, a ja nie mogłam nic przełknąć. Zawsze tak mam, kiedy coś mnie denerwuje czy trapi. Siadłam więc sobie w salonie, nudząc się co nie miara. A ja nie mogę się nudzić, bo wtedy zaczynam myśleć, a teraz gdyby tak się stało, nie mogłabym się opanować i znowu zaczęłabym płakać. Leżałam na sofie, wysłuchując śmiechów z kuchni, zastanawiając się w co mogłabym włożyć ręce. Ida miała względny porządek w mieszkaniu, co jak na nią było wielkim sukcesem, więc nie musiałam sprzątać. Psa nie mają, więc nie ma nic do wyprowadzenia na zewnątrz. No chyba, że Cupko, ale to tylko w kryzysowych momentach, kiedy nie można już z nim wytrzymać. Jedyne co przychodziło mi do głowy, to pomycie naczyń po śniadaniu. Jednak to zajmie przecież tylko chwilę, więc musiałam wymyśleć coś innego. Bartek przyjedzie wieczorem, więc może coś ugotujemy… Bartek przyjedzie i Bartek będzie głodny! No tak, przecież to takie proste. Zerwałam się z sofy i wpadłam do kuchni, czym zwróciłam na siebie uwagę pojedzonych już przyjaciół.
- Zrobię szarlotkę! – krzyknęłam podekscytowana, że wpadłam na genialny pomysł. Myślałam, że jakoś też ich to podekscytuje, ale spotkałam się tylko z przyzwoleniem i długim westchnięciem Cupko.  – Widzę, że entuzjazm wszystkich powala… No dobra, to w takim razie powiedz mi tylko, czy nie muszę iść do sklepu – zapytałam Idę, która wkładała naczynia do zmywarki. Dopiero teraz to zauważyłam, więc pomysł ze zmywaniem nie wypalił.
- Jabłek nie ma. Cupko, pójdziesz do sklepu? Jabłek nie ma
- Poradzę sobie, naprawdę – powiedziałam, będąc w skrajnej rozpaczy, jednak Ida obstawała przy swoim. Wzięłam głęboki wdech i wydarłam się najgłośniej jak tylko potrafiłam – Ja zrobię te cholerne zakupy, bez dyskusji! Muszę się czymś zająć!  - Ida zastygła w miejscu, trzymając w ręce wcześniej wyszukany banknot, spoglądając na mnie przerażonym wzrokiem. Pauli wypadł z ręki telefon, bo wystraszyła się mojego krzyku, a Cupko stwierdził cicho, że może iść ze mną. Wyrwałam idzie pieniądze z ręki i ciągnąc Cupko za sobą, wyszłam na zewnątrz.
Kiedy znaleźliśmy się na świeżym powietrzu, odetchnęłam z ulgą i puściłam koszulkę Konstantina. Zerknęłam na niego przepraszającym wzrokiem, bo nie chciałam wzbudzać w nim przerażenia.
- Straciłam panowanie nad sobą, przepraszam. Chyba zbyt gwałtownie zareagowałam.
- Al… Znaczy on też tak czasem reagował, więc jestem do tego przyzwyczajony – to bardzo miłe z jego strony, że powstrzymał się od wypowiedzenia jego imienia. Widocznie czuł, że to nie jest najlepszy pomysł, zwłaszcza w tej sytuacji.
- Apropos, wyprowadził się już?
- Dzisiaj miał wracać do Serbii i zabrać większość swoich rzeczy. 
- To może przeniósłbyś się do mnie? Znaczy do tego mieszkania w Łodzi? Nie chcę siedzieć Idzie na głowie, Bartek wraca dzisiaj i Paula jest u niej. Robi się trochę tłoczno. – przyjmujący przytaknął, krzywiąc się  - pewnie na wspomnienie dzisiejszej pobudki. Miałam wrażenie, że Młoda nie przypadła mu do gustu.

- Dobrze, pójdę do siebie się spakować i wieczorem pojedziemy do Łodzi. 

niedziela, 6 lipca 2014

"- Stało się coś?"

Chodziłam po mieszkaniu, próbując jakoś się opanować. Cały czas słyszałam jego słowa, jak mówi, że zostanie ojcem. Nie mogłam przestać  o tym myśleć, tak jak o tym, że miałam rację wtedy, kiedy pojechaliśmy do Serbii. Założę się, że to ona, jego znajoma, przyjaciółka – jakkolwiek ją wtedy nazwał. Uwierzyłam mu, uwierzyłam wszystkim mówiącym, że to nie możliwe, że on świata poza mną nie widzi. Teraz miałam słono za to zapłacić.
Wzięłam torebkę, klucze i wyszłam z domu. Zamknęłam drzwi, zbiegłam po schodach i wypadłam prosto na zewnątrz, na deszcz. Nie wzięłam parasola, ale to nie było ważne. Mogłam zmoknąć, zachorować, nie ważne. Przynajmniej nikt nie wiedział, że płaczę, ludzie brali moje łzy za krople deszczu. Nie było ich wiele na ulicy, ale nie zwracali na mnie uwagi. Szłam spokojnym krokiem, zupełnie nie odzwierciedlającym moich uczuć. We mnie się gotowało, czułam jak ogarnia mnie wściekłość, zazdrość, nienawiść. Głównie do samej siebie, bo nie byłam dla niego wystarczająco dobra. Zawsze mnie to prześladowało, strach, że nie będę wystarczająco dobra. Przegrałam po raz kolejny, tym razem coś znacznie ważniejszego. Przegrałam miłość. Kochałam go, naprawdę, nadal kocham. Nie można przecież przestać kogoś kochać w minutę i potem tak nagle o wszystkim zapomnieć. Świat zaczął walić mi się na głowę, a inni szaleli ze szczęścia, prawdopodobnie z wygranego seta w meczu o złoto przez naszą siatkarską drużynę. Dla mnie nie miało to teraz znaczenia, choć sport był dla mnie całym życiem, on był sportowcem. Teraz zostałam tylko ja, Ada Lisowska, pośród deszczu i łez, na przystanku autobusowym.
***
- Cupko, no nareszcie! Myślałam, że przyjdziesz trochę wcześniej – wpuściłam serbskiego przyjmującego i natychmiast biegiem wróciłam przed telewizor – Aaaaa! Jeden do zera! – krzyknęłam z radości, widząc wyświetlony na ekranie telewizora wynik. Młoda zamarła na chwilę, jakby nie wierzyła w to, co widzi, po czym zaczęła piszczeć, nakrywając się poduszką.  – Siadaj, gdzie ci wygodnie.  – sama popędziłam do kuchni, żeby przynieść coś do picia. Razem z Młodą wypiłyśmy już dwa kartony soku, bo krzyczałyśmy jak oszalałe. Całe szczęście, że wszyscy z naszej klatki wiedzieli kim jest Bartek i że akurat teraz gra z kolegami o złoto olimpijskie. Wróciłam do pokoju, siadając obok Cupko, podając mu szklankę.
- Rozmawiałaś może z Adą dzisiaj? – zapytał mnie chwilę później, wpatrując się w telewizor. Właśnie zaczynał się drugi set.
- Nie, miała przyjść na mecz, ale jak widać nie dotarła. Zadzwonię do niej po meczu, pewnie sama teraz ogląda. – nie chciałam dopuścić do siebie tej myśli, że coś mogło się stać. Konstantin wyglądał jakoś inaczej, ale nie powiedział nic więcej, po prostu oglądał mecz razem z nami.
***
To chyba atmosfera tego mieszkania i duch Bartka, pilnujący swojej dziewczyny, pomógł nam dopingować siatkarzy. Czułam się, jakby była tam, w Londynie, siedziała na trybunach i obserwowała ich z bliska. Nic nie mogło zastąpić tych wszystkich emocji podczas oglądania meczu finałowego, ale też jakiegokolwiek meczu. Każdy mecz był osobnym przeżyciem, pełnym wspaniałych i agresywnych zarazem akcji, aktów desperacji i sportowej złości. To kocham w tym sporcie – wszechobecne emocje.
Od niedawna sport zaczął mi się kojarzyć z czymś innym, co do tej pory właściwie nie było mi znane. Również z uczuciem, ale zupełnie innym niż dotychczas. Zaczynałam powoli popadać w obsesję, tak stwierdziłam po obejrzeniu pierwszego seta, kiedy po każdym zbliżeniu Zbyszkowej twarzy przechodziły mnie ciarki. Z drugiej strony cały czas myślałam o tamtych wiadomościach i robiło mi się głupio, jednak już nie w takim stopniu jak wcześniej.
Po pierwszym secie do Idy przyszedł jeden z Serbów, Konstantin. Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy, to jego wyraz twarzy. Niby był zadowolony, ale jakoś nie do końca, jakby było coś, o czym nie chciał powiedzieć.
- Stało się coś? – zapytałam cicho, kiedy Ida była w kuchni. Spojrzał na mnie lekko niepewny, ale w końcu się odezwał.
- Po meczu, nie teraz. Nie chcę psuć jej nastroju. – teraz byłam pewna, że coś się stało. Wróciłam do patrzenia na telewizor, kiedy do pokoju wbiegła zadowolona Ida z kolejnym sokiem i szklanką dla gościa. Spojrzałam na nią kątem oka, Cupko miał rację. Była naprawdę szczęśliwa, cały czas uśmiechnięta, podniecona w dalszym ciągu niepewnością wygranej. Nikt nie chciałby zepsuć jej tego czasu, wszystko można było jakoś opóźnić.
We trójkę kibicowanie szło nam znacznie lepiej, razem szaleliśmy po każdej udanej akcji i śmialiśmy się ze zdziwienia Brazylijczyków. Nawet Cupko się rozweselił, pozwalając zapomnieć na chwilę o tym, co miał powiedzieć. Nie mogłam się napatrzeć na ich cudowną grę, na ich pewność siebie, której nabierali z każdą akcją. To była zupełnie inna reprezentacja, choć złożona z tych samych zawodników. Reprezentacja światowej klasy i światowej sławy, która właśnie wygrała drugiego seta w meczu o złoto przeciwko Brazylii.
***
Znalazłam się w Bełchatowie, na osiedlu, gdzie mieszkał Bartek razem z Idą. Wiedziałam, że mecz nadal trwa, że Ida prawdopodobnie jest nieziemsko szczęśliwa, bo chłopcy wygrali kolejnego seta. Przechodziłam obok sklepu, kiedy ktoś wydarł się, że prowadzimy dwa do zera. Naprawdę magiczny dzień, choć jeszcze nic nie było przesądzone. Dla mnie nie był magiczny, dla mnie ten dzień był okropny. Telefon w torebce cały czas dzwonił, ale nie miałam ochoty odbierać. Prawdopodobnie Ida dzwoniła, żeby zapytać się, dlaczego nie przyszłam. W sumie nikt inny o tej porze nie mógł dzwonić, wszyscy siedzieli przed telewizorami.
Usiadłam na ławce za drzewami tak, żeby nie było mnie widać przez okno bartkowego mieszkania. Wolałam poczekać do końca, zanim pojawię się w drzwiach ich mieszkania i rozsypię się do reszty.
Ida i Bartek, teraz im zazdrościłam. Mieli to, czego ja już nie miałam. Czasami porównywałam mnie i Aleksa do nich i za każdym razem dochodziłam do wniosku, że nasze relacje się różnią. Teraz już wiedziałam dlaczego. Bartek nie mógłby jej zdradzić, bo jest dla niego całym światem. Myślałam, że ja też jestem dla Alka całym światem. No właśnie, myślałam, nie byłam.
Nie chciałam już płakać, ale nie mogłam zatrzymać łez. Płynęły tak samo rzewnie jak krople deszczu. Chciałam cieszyć się razem z innymi, razem z resztą, kiedy Polacy wygrywali kolejne akcje. Chciałam mieć przy sobie Aleksa, chciałam, żeby powiedział, że ta cała historia to żart. Lubił żartować, nawet z poważnych rzeczy, więc może i tym razem…. Stop, Ada! Musisz przestać się zadręczać!, wmawiałam sobie. Jednak co to dało? Myślałam o tym jeszcze więcej i więcej. W pewnym momencie, kiedy podniosłam wzrok, zobaczyłam znaną mi postać, biegnącą w kierunku bloku, w którym mieszkała Ida.
- Adrian? – wyszeptałam cicho, zaskoczona jego widokiem w tym miejscu. Mówił, że nie przyjdzie, że nie zdąży na mecz, więc co tutaj robił? W momencie, kiedy trzasnęły drzwi wejściowe, wokół rozległy się krzyki i piski. A ja dalej nie mogłam przestać płakać. W końcu wstałam i zaczęłam iść w kierunku bloku Idy, nie mogłam już dłużej zostać bez jej wsparcia.
***
Siedziałam przed telewizorem razem z Paulą i serbskim przyjacielem, patrząc z niedowierzaniem na to, co Polacy wyprawiali z Brazylijczykami. Nigdy jeszcze tak nie grali, nigdy nie byli tak pewni swojej przewagi. Prowadzili w każdych elementach statystycznych i przeciwnicy nic nie mogli na to zaradzić. Starszy Rezende szalał przy bocznej linii boiska, czemu z lekkim uśmiechem przyglądał się trener Anastasi, nasz trener. Polska reprezentacja nie mogła wyobrazić sobie lepszego mentora jakim jest właśnie on.
W końcu nadeszła ta chwila, bardzo długo oczekiwana przeze mnie jak i resztę kibiców. Wstałam z kanapy, mocno zaciskając kciuki, wpatrując się w Winiara, który właśnie zmierzał na zagrywkę. Kamienna twarz, ostatnie spojrzenie na piłkę, głęboki wdech , podrzut. A potem już bezgraniczna radość Polaków, komentatorów, wręcz wszystkich oprócz Brazylijczyków, bo Winiar trafił w boisko.
W mieszkaniu zrobiło się cicho, zaczęłam płakać ze szczęścia, widząc ich zadowolone twarzy i słysząc przeraźliwe krzyki. Komentatorzy w niczym im nie ustępowali, zaczęła chwytać ich chrypka i wzruszenie. Mieli bardzo dobry powód, w końcu – udało się! Ciszy ustąpił wielki wrzask Młodej, która zaczęła tańczyć z radości na środku pokoju. Też płakała, płakali wszyscy kibice, nawet niektórzy siatkarze. Cupko głośno westchnął, po czym dołączył do Pauliny. Komicznie razem wyglądali, ale radość wszystkich jednoczy, nie zważając na narodowość.
Bardzo chętnie bym do nich dołączyła, ale ktoś zadzwonił do drzwi. W podskokach, potykając się o dywan, dotarłam do drzwi. W takich momentach jak ten nie lubiłam przyznawać sobie racji, choć musiałam. Wiedziałam, że stanie się dziś coś niespodziewanego, coś co zmieni całkowicie stan rzeczy. Wcale nie mam na myśli przyjazdu Młodej, bynajmniej.
Kiedy zobaczyłam jego minę, mój uśmiech szybko zszedł twarzy. Wpuściłam go do środka, bojąc się o cokolwiek zapytać. Nie wiedziałam co stało się z tym słynnym uśmiechem, kiedy nie mógł zripostować padających komentarzy, z tym spojrzeniem, którego nigdy nie mogłam określić. Pojawiało się ono w tych momentach, kiedy rzuciłam jakiś ironiczny komentarz, na który odpowiedź stanowiła cisza, jaka zapadała pomiędzy nami. Ostatnio coraz częściej się to zdarzało, czasem nie mogliśmy dojść do porozumienia, mimo że to wyglądało zupełnie inaczej.
- Wyjeżdżam, jutro. Dostałem półroczny staż w Holandii.  – z pokoju nadal dochodziły dzikie śpiewy przyjaciół, komentatorzy nadal komentowali choć mecz już się skończył, a ja nadal płakałam. Tylko teraz te łzy nie miały nic wspólnego z wcześniejszą radością. Staliśmy naprzeciw siebie, nic nie mówiąc, tylko patrząc na siebie nawzajem.
- Jak to – jutro?  - zapytałam cicho, jakbym pytała samą siebie, po czym dodałam głośniej – O takich rzeczach zazwyczaj wie się wcześniej. Wiedziałeś. Wiedziałeś i nic nie powiedziałeś, ani słowa, stawiając nas przed faktem dokonanym. Tak nie robi przyjaciel! – oparłam się o ścianę, odsuwając się od niego. Czułam jak wzbiera we mnie wściekłość i nie chciałam, żeby przez przypadek nie doszło pomiędzy nami do rękoczynów.
Ktoś znowu zadzwonił do drzwi. Adrian odsunął się, robiąc mi przejście. Właściwie nie wiedziałam, dlaczego nie wyszedł, nie miałam mu już nic do powiedzenia. Otarłam łzy z policzków i otworzyłam drzwi. Stała za nimi Ada w stanie, w którym jeszcze nigdy jej nie widziałam. Przemoczona do suchej nitki, z rozmazanym makijażem i spuchniętymi, wręcz martwymi oczami.
- Aleks…. On… Będzie ojcem … dziecka jakiejś…. Serbskiej – przytuliłam ją mocno, nie wierząc dzisiaj po raz kolejny w to, co się dzieje. Dlaczego ja w ogóle tak pomyślałam? Przecież nikomu nie przeszkadzało to, że ostatnio dobrze nam się wiodło. Płakałyśmy razem wśród okrzyków sąsiadów. Wprowadziłam ją do środka, zamykając za sobą drzwi. Nawet nie zauważyłam kiedy Paula i Cupko znaleźli się w przedpokoju. Patrzyli na nas zdezorientowani, nie wiedzieli co się dzieje. A dzieje się źle. Cała się trzęsłam z natłoku tych wszystkich informacji, nie radziłam sobie z ich przyswojeniem. Cała czwórka wpatrywała się we mnie, a ja czułam się coraz bardziej wściekła. Wyminęłam ich wszystkich, chcąc zamknąć się w sypialni jak najszybciej, nie zwracając na nic i na nikogo uwagi. Jednak kilka kroków przed drzwiami, odwróciłam się w ich stronę.
- Zajmijcie się Adą – powiedziałam do Cupko i Pauli. – A ty się wynoś i uznaj to za pożegnanie.

Potem weszłam do sypialni i trzasnęłam drzwiami.
***
Kiedy wchodziłam po schodach, słyszałam krzyki i wiem, że były to krzyki Idy. Jej głos rozpoznam wszędzie, zwłaszcza jej krzyk, którego już dawno nie słyszałam. Na początku myślałam, że po prostu przeżywa zwycięstwo Polaków, jednak kiedy stanęłam pod drzwiami, miałam zupełnie inne zdanie. Nacisnęłam na dzwonek i chwilę później pojawiła się w drzwiach, zapłakana. Przeszło mi przez myśl, że jakimś sposobem się dowiedziała, jednak w środku stał Adrian. Zerknęłam na niego kątem oka, stał ze spuszczoną głową. Jednak nie z jego powodu tutaj przyszłam.
- Aleks…. On… Będzie ojcem … dziecka jakiejś…. Serbskiej – chciałam dokończyć, ale nie mogłam wydusić już ani słowa. Czułam tylko uścisk Idy i jej łzy. Płakała razem ze mną. Potem zaciągnęła mnie do środka. Dopiero teraz zauważyłam, że nie była sama. Młoda wpatrywała się w nas z przerażeniem, z czerwonymi policzkami. Obok niej stał Konstantin. Patrzył na mnie tak okropnie smutnymi oczami, wiedziałam, że wie. Z resztą on zawsze wiedział wszystko, bo On jest jego przyjacielem.
W pewnym momencie Ida minęła nas wszystkich agresywnie, nagle się zatrzymując. Spojrzała na mnie z troską i współczuciem, których nie potrzebowałam. Jak każdy w takiej sytuacji, jedyne czego nie chciałam to litość. Potrzebowałam tylko swojej przyjaciółki, której zachowania teraz kompletnie nie rozumiałam.
- Zajmijcie się Adą – powiedziała cicho, po czym jej oczy nabrały agresywnego wyrazu. – A ty się wynoś i uznaj to za pożegnanie – jej głos wręcz kipiał ironią. Kiedy trzasnęły za nią drzwi, podeszłam do Adriana i stanęłam z nim twarzą w twarz. Nie miał odwagi spojrzeć mi w oczy.
- Mów, chce się dowiedzieć teraz, dobij mnie do reszty. – stać mnie było w tym momencie tylko na szept. Dalej nie patrzył mi w oczy.
- Jutro wyjeżdżam, nie będzie mnie pół roku. – miałam ochotę na niego nawrzeszczeć, ale tego nie zrobiłam. Pokiwałam tylko bezradnie głową, jakbym przytaknęła jego nagłemu wyjazdowi.
- Czułam, że coś planujesz, że chcesz zniknąć.  Teraz możesz już iść.  – nie miałam mu nic więcej do powiedzenia, więc odwróciłam się i razem z Paulą weszłam do kuchni.
***
To działo się wszystko tak szybko, że nie zdążyłam nawet mrugnąć, kiedy Adrian wyszedł ze zwieszoną na piersi głową, a my z Cupko zostaliśmy z zapłakaną Adą w przedpokoju. Chociaż wyglądała ciut lepiej niż jak przyszła, jakby inny problem ją niepokoił bardziej. Zaprowadziłam ją do kuchni i posadziłam na jednym z krzeseł.
- Zrobię ci coś gorącego do picia, a Konstantin przyniesie jakieś ręczniki – czasem Ida razem z Adą śmiały się z tej mojej ‘profesjonalności’ w mówieniu, ale taka już jestem. – Konstantin? – pomachałam mu ręką przed nosem, bo stał dziwnie zamyślony. Wyrwałam go z tych rozmyślań. – Łazienka, ręczniki, już. – powiedziałam skrótem i serbski przyjmujący zniknął z pola widzenia.
- Jemu też nie jest łatwo, Aleks to jego przyjaciel – Ada nie patrzyła na mnie, ale to nie było nic dziwnego, bo rzadko patrzyła na swoich rozmówców, a teraz nie wiedziałam nawet, czy chce ze mną rozmawiać. Westchnęłam tylko cicho, a w międzyczasie Cupko przytargał z łazienki ręczniki. Usiadł przy stole, widziałam, że waha się czy powinien coś teraz powiedzieć.
- Powinien powiedzieć ci już na początku, ja powinienem go do tego zmusić. W końcu ty też jesteś moją przyjaciółką. – to były bardzo ważne słowa, tak przynajmniej mi się wydawało. Zerknęłam na Adę i zobaczyłam na jej twarzy nikły uśmiech, poczułam ulgę. Może najgorsze jest już za nami?
- Nie mam do ciebie żalu, z resztą nie mogłabym go mieć. To bardzo miłe, co teraz powiedziałeś. Dziękuję.
Ale to przecież tylko jeden problem, jest jeszcze drugi, pomyślałam, a one pociągają za sobą następne. Jednak po chwili namysłu, stwierdziłam, że to za wcześnie, żeby o czymkolwiek mówić. Rany są za świeże i Ada w każdej chwili może znowu zacząć płakać.
- Może zamówimy pizzę? Głodna jestem… - mruknęłam cicho, tak samo jak mój brzuch.  – To jak?
- Ida jak się denerwuje, to je. Dużo je. Zamów.  – postawiłam przed Adą kubek gorącej herbaty i mocno ją przytuliłam. Dałabym wiele, gdybym mogła jakoś jej pomóc, gdybym mogła z nimi zostać. 

piątek, 27 czerwca 2014

"- Młoda, co Ty tutaj robisz?"

Ostatnio po prostu wszystko, dosłownie wszystko się układało.  Dostałam się na studia, wydział chemii, miałam obok siebie cudownego faceta, który mnie kocha, nasza reprezentacja brnęła jak burza do finału igrzysk olimpijskich w Londynie. Ostatnio nie miałam żadnych powodów do smutku i nie żeby mnie to martwiło, ale wydawało się to bardzo, bardzo dziwne. Najtrudniejsze sprawy przychodziły z łatwością, jakbym znalazła się w jakimś małym mikroklimacie, małym świecie pozbawionym smutku i zła.
U moich przyjaciół również się układało. Ada  też dostała się na studia w Łodzi, na swoją filologię słowiańską, jej związek z Aleksem w miarę się ustabilizował. Jednym słowem, a właściwie dwoma – jest szczęśliwa, a jeżeli ona jest szczęśliwa, to ja też. Tak to działa. Adrian, właściwie z braku wyboru, wynajął mieszkanie razem z Adą. Na początku nie mogli się odnaleźć w nowej rzeczywistości, tak samo jak ja. Chociaż ja miałam większy problem z uwierzeniem w to, co się dzieje.
Przyjeżdżali do mnie codziennie, żeby dotrzymywać mi towarzystwa podczas oglądania meczy naszej reprezentacji w Londynie. Z resztą nie tylko oni, bo Konstantin z Aleksem byli w Polsce i też często wpadali. Nie nudziłam się ani przez chwilę, czułam się szczęśliwie. Wreszcie mogłam doświadczyć tego uczucia w pełni, dowiedziałam się co tak naprawdę znaczy być szczęśliwym. Jednak mimo wszystko czułam, że jest zbyt dobrze. I jak się okazało, miałam rację.
***
- Paula, co się z Tobą dzieje? Piłki nie potrafisz odbić czy jak? – nie mogłam nic poradzić, że ostatnio byłam strasznie rozkojarzona. Nie mogłam się na niczym skupić, nawet na chwili gry w wakacyjne popołudnie. A to za sprawą małej karteczki, która tkwiła cały czas w tylnej kieszeni spodni. Co jakiś czas wyciągałam ją, obracałam ją w rękach, chowałam z powrotem. Nikt nie wiedział o tej kartce, przynajmniej o tym, co na niej było. Właściwie czasem też nie chciałam wiedzieć, co naj niej jest, może wtedy skupiłabym się bardziej na wakacjach, które nadeszły strasznie szybko po pierwszym roku liceum. Ten rok był magiczny pod wieloma względami – jeździliśmy na mecze, raz nawet udało się nam pojechać na mecz Rzeszowa, trafiłam na świetną klasę, poznałam świetnych ludzi. Poznałam ich, czasem nieziemskich wariatów, czasem dobrych przyjaciół, jednak przede wszystkim genialnych kibiców. Potrafiliśmy razem przekrzyczeć cały klub kibica Zaksy Kędzierzyn, być przeciwko kilku tysiącom kibiców trójkolorowych. Dobrze się rozumieliśmy, fajne było to, że miałam znajomych w starszych klasach. I choć czasem spędzałam w ich towarzystwie większości przerw i nie dawałam im się pouczyć (w końcu maturzyści), to i tak mnie lubili. Mam nadzieję, że dalej lubią, mimo że wynieśli się zaraz po tym jak dostali się na studia. Ida nawet trochę wcześniej, bo chciała zrobić Bartkowi niespodziankę i jej się udało. Nikomu nic nie powiedziała i zamieszkała z Kurkiem. Tak, mieszka z Bartoszem Kurkiem, przyjmującym Skry Bełchatów i reprezentacji Polski. To wszystko stało się jakoś tak nagle, o ile dobrze pamiętam, dzięki lub przez naszego kochanego nauczyciela i jego nierozgarnięciu. Od tamtego czasu cała trójka stała się dobrymi przyjaciółmi bełchatowskich zawodników ale nie tylko bełchatowskich. Ida z Adrianem siedzieli z nimi w Spale przez prawie dwa tygodnie. Trochę im tego zazdroszczę, że mogli poznać ich z normalnej, codziennej strony, choć  Ida stwierdziła, że to były najbardziej szalone dni jej życia. Ada w tym czasie spędzała słodkie chwile ze swoim Serbem, bo chyba mogę tak powiedzieć, skoro są razem. Cała trójka miała niesamowite szczęście i jestem zaszczycona, że ich znam. Wprawdzie nie odzywają się już jakiś czas, ale pewnie dlatego, że kibicowanie naszym w Londynie przesłoniło im rzeczywistość.
- Mam dość. Muszę chwilę odpocząć.  – usiadłam na ławce, nieświadomie trzymając w dłoni tą małą karteczkę, która ostatnio wprowadziła tyle zamieszania. Dobrze pamiętam to, co powiedział, kiedy mi ją dawał. „Może kiedyś”. Miałam wrażenie, że wszyscy nas obserwują, ale było całkowicie na odwrót. Ida z Bartkiem gdzieś zniknęli, Ada szalała z  Cupko co jakiś czas oglądając się za siebie, a Adrian bawił się w fotoreportera, zagadując czasem niektórych zawodników. Nie pozostało mi nic, co mogłabym zrobić, bo nie mogłam wydusić z siebie ani słowa. Uśmiechnęłam się, prawdopodobnie trochę głupkowato, bo zgłupiałam do reszty, kiedy wcisnął mi tą kartkę do ręki. Potem odszedł, odwracając się jeszcze kilka razy i dołączył do Kubiaka, który rozciągał się na boisku.
Nie wiedziałam, co mam zrobić, czy mam tak po prostu się odezwać? A może on już zapomniał i ogromnie się zdziwi jak zadzwonię i zrobię z siebie idiotkę? Nawet nie wiem czy ten numer nie jest fałszywy czy coś. Zwariowałam, kompletnie zwariowałam, ale ostatecznie widząc wzrok swojej koleżanki, wysłałam mu smsa.
„Pamiętasz mnie jeszcze? Dałeś mi swój numer w Spodku J Paulina.”
Nie wiedziałam, czy zapamiętał moje imię, więc wolałam się podpisać. Spoglądałam na ten telefon jak zaklęta, aż w pewnym momencie mnie olśniło. Uderzyłam się w czoło, przeklinając swoją głupotę. Przecież oni są w Londynie! Mogą mieć trening, a ja wyskakuję z takim smsem. Więc w akcie kompletnej desperacji, wysłałam jeszcze jedną wiadomość.
„Idiotka ze mnie, przecież jesteś teraz w Londynie, oglądam każdy wasz mecz,  a zapomniałam! Nie musisz odpisywać, zrozumiem.”
- Brawo, młoda. To się popisałaś.  – teraz to już w ogóle nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Wróciłam szybko do domu i zamknęłam się w pokoju. Zaczęłam chodzić po pokoju, próbując wymyślić jak rozwiązać sytuację beznadziejną. Mówili, że jestem w tym dobra, więc powinnam prędzej czy później coś wymyślić. – Ida, muszę pojechać do Idy! Tylko kto mnie zawiezie do Bełchatowa? Zaraz, zaraz…. Tato, wujek jedzie do tej Łodzi jutro?!
Jestem genialna, ha!
***
Obudziłam się rano, nie mając pojęcia co zrobić dzisiejszego dnia. Nudziło mnie to ciągłe siedzenie w domu i użeranie się z marudnym Adrianem, który nie mógł sobie miejsca znaleźć. Na dodatek Aleks musiał pojechać do Serbii na kilka dni, bo jego mama zachorowała. Kiedy do niego zadzwoniła  siedzieliśmy razem w kuchni i jedliśmy obiad. Bardzo zdziwił się kiedy spojrzał na wyświetlacz, co było trochę dziwne i wystraszył się kiedy odebrał. W pewnym momencie wstał od stołu i wyszedł, nadal rozmawiając. Chciałam pojechać z nim, ale kategorycznie się nie zgodził. Zmartwiło mnie to, ale ufałam mu – skoro nie chciał, żebym pojechała z nim, to trudno.
Tak więc dzisiejszego ranka, dokładnie 12 sierpnia, leżałam w łóżku, nie wiedząc co mam ze sobą zrobić. Po południu miałam pojechać do Idy, żeby oglądać z nią finał i kibicować przed telewizorem. Nie wiedziałam jakie plany ma Adrian, ostatnio często znikał z domu, nie mówiąc gdzie idzie, ani o której wróci. Kiedy któregoś razu zapytałam go o to, warknął na mnie i wyszedł trzaskając drzwiami. Dobra, Ada, spokojnie, mówiłam sobie, jak nie chce mówić, to niech nie mówi. Jednak to nic nie dało, zdenerwowałam się tylko niepotrzebnie i zaczęłam się trochę bać. Czułam, że ostatnio nie mówi nam wszystkiego i coraz bardziej się od nas izoluje. Nie wiedziałam, czy powinnam się o niego martwić, w końcu to dorosły facet i jedną ważną podjętą decyzję ma już na koncie. Z drugiej strony jest naszym przyjacielem i zastanawiałam się, czy powinnam z Idą o tym porozmawiać. Może ma jakieś problemy i potrzebuje naszej pomocy, a boi się nam o tym powiedzieć? Na początku brałam pod uwagę jeszcze inną opcję, myślałam, że sobie kogoś znalazł. Jednak po tym jak zareagował na moje pytanie gdzie się wybiera, momentalnie odrzuciłam tą opcję.
Kiedy wstałam z łóżka, już go nie było.  Specjalnie mnie to nie zdziwiło, ale jeszcze nigdy nie wychodził rano. Zawsze znikał koło południa lub nawet później. Zrobiłam sobie kawę i usiadłam w kuchni. Wybrałam numer Aleksa, ale nie odebrał. Kolejny raz. Pewnie zajmuje się mamą, pomyślałam, inaczej na pewno by odebrał.
Ktoś zadzwonił do drzwi. Warknęłam cicho pod nosem, pewnie małpa znowu zapomniała kluczy. Ma szczęście, że już nie spałam, bo byłoby z nim źle.
- No już, przestań się dobijać. Trzeba było klucze wzią…ć. Aleks! – zrobił mi wielką niespodziankę, nie spodziewałam się, że wróci tak szybko. Rzuciłam się mu na szyję, przytulając go mocno. – Tęskniłam.  – trochę zaskoczyło mnie to, że odsunął mnie od siebie. Spojrzałam na niego ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy. Wyglądał jakoś inaczej, zniknął ten uśmiech, który zauroczył mnie na samym początku, na czole pojawiła się zmarszczka, świadcząca o tym, że nie wie co powiedzieć.  – Stało się coś? Coś z mamą? – pokręcił przecząco głową, po czym westchnął cicho i spuścił wzrok.
- Nie byłem u rodziców. Ja… Zostanę ojcem. – nawet na mnie nie spojrzał, mówił to wszystko z wzrokiem utkwionym w podłodze. Stałam przed nim, analizując po raz kolejny to, co powiedział. Jednym słowem – zdradził. Aleks mnie zdradził.
- Wynoś się i nawet nie waż się tu wracać, nie chcę cię widzieć na oczy.
Wróciłam do pokoju, starając się opanować. Byłam strasznie zdenerwowana, zaczęłam płakać, miałam ochotę uszkodzić coś lub kogoś kto stanie mi na drodze. Nie mogłam uwierzyć w to, co powiedział. Ufałam mu, a on tak po prostu… Z inną.. Mój wzrok padł na nasze wspólne zdjęcie, z Serbii. Wzięłam je do ręki i z przypływu złości otworzyłam okno i wyrzuciłam je na zewnątrz. Najwyżej dostanę grzywnę za zaśmiecanie terenu, nie mogłam na niego patrzeć, nie teraz, nigdy więcej.
***
- Spóźnisz się na trening – rozmawiałam z Bartkiem prawie czterdzieści minut i w tle słyszałam już Miśka jednego i drugiego, którzy go poganiali. Siedziałam sobie wygodnie na kanapie, przełączając kanały w telewizji.
- Sama jesteś?
- Tak, na razie tak. Potem ma Ada wpaść, Adrian chyba też. I będziemy wam kibicować, ale i tak wygracie. Jak będziesz medal odbierał, to masz hymn zaśpiewać, zrozumiano?
- Jak sobie życzysz, kocham cię.
- Wiem. Mówiłeś mi to chyba cztery razy w ciągu czterdziestu minut. Ja ciebie też, a teraz rusz tyłek na trening!
- Dobra, dobra. Zadzwonię po meczu. – w tle usłyszałam jakieś szumy niezidentyfikowane – Razem zadzwonimy. – założę się, że w tym momencie Bartek wywrócił oczami.  – Kończę, słońce.
Rozłączył się z szumem kolegów w tle. Potrafił sprawić, że po każdej rozmowie uśmiechałam się sama do siebie. Dobrze się dogadywaliśmy, choć czasem mieliśmy sporne momenty jak w każdym związku. Zauważyłam, że od jakiegoś czasu potrafiłam przewidzieć jego reakcje, wiedziałam kiedy będzie zły, co go rozśmieszy albo kiedy przewróci oczami, co było strasznie słodkie. Czułam, że to jest właśnie to. Nie wiem, czy jest za wcześnie, czy może to już właściwa pora, ale myślę, że znalazłam to, czego szukałam.
Ktoś zapukał do drzwi. Zerknęłam na zegar, upewniając się, że nie pomyliłam godzin. Wszystko w jak najlepszym porządku, współtowarzyszy spodziewałam się dopiero za godzinę, w najgorszym wypadku za półtorej. Podniosłam się z sofy i powędrowałam do drzwi.
- Trafiłam! – po otwarciu drzwi, coś rzuciło mi się nagle na szyję, nawet nie zdążyłam zobaczyć co. Dopiero kiedy to coś się ode mnie oderwało, zobaczyłam przed sobą uśmiechniętą od ucha do ucha Paulinę. Nie mogłam wydusić słowa, bo Paula była jedną z ostatnich osób, których się spodziewałam.
- Młoda, co Ty tutaj robisz?
- Musiałam przyjechać, bo mam wielki problem, mający stu dziewięćdziesiąt osiem centymetrów wzrostu, zajebisty uśmiech, krzywe zęby i tatuaż na ramieniu – wydusiła na jednym wydechu, po czym odsapnęła. Dopiero teraz zauważyłam, że ma ze sobą torbę podróżną.
- Chwila… Dlaczego twoim problemem jest Zibi?
- A mogę wejść do środka? – z tego wszystkiego wyszłam jeszcze na niegościnną. Zaprosiłam ją do pokoju, po drodze wstąpiłam do kuchni po sok i szklanki. – Więc tak mieszka Bartek Kurek… Podoba mi się. – Młoda usiadła na kanapie, rozglądając się wokół swoimi małymi oczkami. Usiadłam szybko obok niej, bo byłam cholernie ciekawa, co ma mi do powiedzenia.
- To mów, bo zabrzmiało to wszystko ciekawie.
- Jak byliśmy wtedy w Katowicach, w czerwcu, to… No, Zbyszek dał mi swój numer telefonu i długo się wahałam, ale w końcu, dwa dni temu napisałam do niego. I zrobiłam z siebie idiotkę, bo zapomniałam, że oni są w Londynie i teraz on pewnie pomyślał, że ja jestem wariatką i …
- Młoda, luz. Wolniej, bo za chwilę się w powietrze uniesiesz. Czyli jest tak – Zbyszek dał ci swój numer telefonu i ty przed wczoraj wysłałaś mu smsa. Boisz się, że przez tego smsa zrobiłaś z siebie idiotkę? A odpisał ci coś – Paulina pokręciła przecząco głową. Była tak przerażona, co najmniej jakby kogoś zabiła. Ale przecież nie mogłam tak po prostu zacząć się śmiać! Chociaż miałam wielką ochotę. Uśmiechnęłam się pod nosem, próbując ukryć jakoś swoje rozbawienie. – Jest zajęty, na pewno. Cały czas mają treningi, analizy gry przeciwnika. Przed Twoim przyjściem rozmawiałam z Bartkiem i non stop go popędzali, żeby kończył i szedł na trening. Zobaczysz, że Zbyszek odpisze ci jeszcze dzisiaj wieczorem, a jak nie to ja sobie z nim porozmawiam.  – Paula odetchnęła, po czym znowu mnie przytuliła. Zbyszek będzie miał z nią dobrze, lubi jak się go przytula.
- Mogę zostać? Mam dość siedzenia w domu, chciałam trochę z wami pobyć.
- Jasne, możesz nocować w drugim pokoju, tym zaraz na lewo od wejścia.  – od razu pobiegła zanieść torbę i prawdopodobnie się rozpakować. Zrobiła mi wielką niespodziankę swoim przyjazdem, przynajmniej nie będę musiała siedzieć sama w domu dopóki Bartek nie wróci. Przełączyłam na Polsat, gdzie właśnie zaczynało się studio przed meczem Polaków. Dopiero teraz do mnie dotarło, że oni walczą o marzenia – swoje, jak i swoich kibiców, całego kraju. Nie udało się cztery lata temu, to uda się w tym roku. Mają świadomość, że wszyscy w nich wierzą i nie stracą tej wiary do ostatniej piłki. Już odnieśliśmy sukces, zapewniając sobie co najmniej srebrny medal, jednak wszyscy chcieli więcej. Oni sami też.
- Same będziemy oglądać? Myślałam, że Ada z Adrianem będą u ciebie.

- Wiesz, mają przyjść, ale jakoś czuję, że coś jest nie tak. Obudziłam się rano i zdałam sobie sprawę, że jest zbyt pięknie i może stać się coś całkowicie niespodziewanego. W końcu dzisiaj jest wyjątkowy dzień. 

środa, 25 czerwca 2014

Kolejne rozdziały :)

Cześć :)
Obiecałam, że niedługo poinformuję Was co dalej z tym opowiadaniem. Otóż, będzie ono publikowane tutaj:) Pojawi się kilku nowych bohaterów i nieco zmieni się forma tego opowiadania. Zostało ono napisane w trzech narracjach - trzy dziewczyny opisują swoje losy, wzloty i upadki.
Kolejne części tego opowiadania będą dotyczyły tej samej tematyki, jednak od poprzednich będą się różnić klimatem. Z pewnością wyczujecie tą różnicę i będziecie siebie pytać - dlaczego właśnie tak? Odpowiem od razu na to pytanie: chciałam zwrotu akcji, czegoś innego niż w pierwszej części. Tam można było przewidzieć koniec, teraz to będzie mniej oczywiste ;) Powód jest jeszcze jeden. Na samym początku wspominałam, że ta historia jest była inspirowana trójką przyjaciół. Teraz też tak jest, ale nie tak jak kiedyś. Zmiana relacji itp, itd... Ale mam nadzieję, że dalsze losy bohaterów przypadną wam do gustu.

Dla ułatwienia odbioru, każda narracja jest pisana innym kolorem:

  • narracja Idy - szary
  • narracja Ady - niebieski
  • narracja Pauliny (nowej bohaterki) - fioletowy
I to by było na tyle wstępu :) Niedługo ukaże się kontynuacja, sama już nie mogę się doczekać! :) 

Pozdrawiam, 
Wiśnia