UWAGA!

Opowiadanie jest całkowitą fikcją, wyłącznie moim tworem wyobraźni. Wszelaki związek opowiadania z rzeczywistością jest przypadkowy.

czwartek, 27 czerwca 2013

" - Byłam na stołówce i poznałam Grześka Tkaczyka."

Po tym jakże głębokim wyznaniu Rudego, postanowiliśmy dać mu pospać i wyszliśmy z pokoju. Zaszliśmy na stołówkę i zajęliśmy jeden z wolnych stolików. Oprócz nas nie było jeszcze nikogo z reprezentacji i sztabu, stoliki były zajęte głównie przez inne osoby zamieszkujące w ośrodku. Jednak żadne z nas nie przypuszczało, że przed ósmą rano, będąc w kompletnym rozgardiaszu, spotka kogoś znajomego z poza gromadki Miśków.
- Bartek? Cześć! Jak tam zgrupowanie? – patrzyłam na tą postać z wytrzeszczonymi oczami, choć nie powinnam się tak zachowywać. Ale co mogłam na to poradzić? Siedziałam w piżamie naprzeciwko Grzegorza Tkaczyka. Tak, ja też w to nie wierzyłam i w pierwszym momencie pomyślałam, że to jakiś sen, właściwie koszmar… Boże, jestem w piżamie, pomyślałam i pewnie zrobiłam się czerwona.
- W porządku. Co ty tutaj robisz? Krzysiek się ucieszy, pewnie za chwilę zejdzie.
- Postanowiłem trochę odpocząć przed zgrupowaniem i przypomniałem sobie, że znam takie miejsce jak to – uśmiechnął się do mnie pięknie i już miał zacząć coś mówić, kiedy na stołówkę wkroczył Igła.
- Tak właśnie wyglądają nasze miśki w piżamach, tuż przed śniadaniem. Wisienko, naprawdę gustowne wdzianko, Bartek powinieneś wziąć przykład – myślałam, że się pod ziemię zapadnę. Całe szczęście to ja zajmowałam się nagraniami i mogłam skasować wszystko, co mi się nie podobało – na przykład te momenty, gdzie byłam czerwona jak burak i próbowałam się zapaść pod ziemię. – A kogo moje śliczne oczy widzą? Nasz stary kolega – szczypiornista! Jest was tu więcej?
- Po pierwsze – też się cieszę, że cię widzę, po drugie – nie jestem taki stary, po trzecie – jestem tylko ja.
- A twoja piękna żona zawitała do Spały?
- Tym razem nie, została w domu – Krzysiek zaśmiał się złowieszczo, oddając mi kamerę i zacierając ręce
– Stary, u mnie, wieczorem z alkoholem! A teraz wybacz, idę sobie wziąć porcyjkę. Zaraz wracam. – odłożyłam kamerę na stolik, mając zamiar zrobić to samo, ale ubiegł mnie Bartek. Wręcz cudownie. Siedziałam w samej piżamie, z rozwalonymi włosami przed jednym z ciach piłki ręcznej i nie wiedziałam, gdzie mam się podziać.  – Jestem Grzesiek.
- Ida. Wiśnia.  – podałam mu rękę na przywitanie, zastanawiając się jak mam do niego mówić.
- Towarzyszysz chłopakom, co? Jak się poznaliście?
- A to długa historia, dość skomplikowana. O, Bartek już przyszedł. Przepraszam, ja jednak pójdę się ubrać – i zwiałam. Pobiegłam do swojego pokoju, przypominając sobie po drodze, że nie mam ze sobą klucza. Zaczęłam walić do drzwi, mając nadzieję, że Adek już nie śpi. Całe szczęście, otworzył mi drzwi. Weszłam szybko, zamykając drzwi na klucz i szybko oddychając.
- Co ci się stało? – zapytał wystraszony Adrian, kiedy wręcz wpadłam do szafy i zaczęłam przekopywać swoje rzeczy.
- Byłam na stołówce i poznałam Grześka Tkaczyczka – mruknęłam, po czym zbierając moją wiśniową koszulkę zamknęłam się w łazience.
- Weź nie żartuj ze mnie i powiedz co się stało?  - moje przebieranie się i doprowadzanie do porządku pobiło prędkość światła, tak że Adek prawie dostał w nos drzwiami od łazienki.
- Nie żartuję, tłumoku. Jak pójdziesz ze mną, to się przekonasz. – poprawiłam wiśniową koszulkę i wyszłam z pokoju razem z Adrianem. Kiedy znaleźliśmy się na miejscu, przywitałam nowego znajomego z uśmiechem i usiadłam obok Bartka. Zaczęłam pałaszować śniadanko, przysłuchując się rozmowie starych znajomych, próbując nie oblać się purpurą. Bartek w pewnym momencie nachylił się nade mną i zaczął szeptać mi do ucha:
- Z tymi czerwonymi policzkami ci do twarzy, Wisienko. – miałam ochotę coś mu zrobić, na szczęście tylko przez chwilę i obyło się bez żadnych uszkodzeń.
- Poczekaj, kolego, już ja ci pokaże takie zagrywki – mruknęłam wbijając widelec w Bogu ducha winną kiełbaskę, układając sobie w głowie misterny plan.
***
- Adrian, musisz mi pomóc – zaczepiłam go przed treningiem, odciągając na bok, żeby nikt nie słyszał naszej rozmowy. Może to, co planowałam nie należało to wyszukanych sposobów zemsty, ale to zawsze coś. Powiedziałam mu na ucho, co planuję, na co niekontrolowanie parsknął śmiechem. – To jak będzie?
- Może być ciekawie – mrugnął do mnie i pobiegł na salę, żeby dołączyć do reszty. Miałam nadzieję, że mój plan wypali, więc postanowiłam się ulotnić. Tak na wszelki wypadek, żeby nie wzbudzać podejrzeń. Postanowiłam odpuścić sobie dzisiejszy trening i wyszłam przed ośrodek. Zamierzałam udać się do altanki, ale już z daleka widziałam, że ktoś mnie ubiegł. Chciałam więc wrócić do ośrodka, ale usłyszałam, że ktoś mnie woła.
- Zająłem twoje miejsce?
- Powiedzmy, ale nie przeszkadzaj sobie. Przyjdę później.
- Nie, nie! Zapraszam. – nie można się oprzeć naleganiom Grześka Tkaczyka, kapitana polskiej reprezentacji piłkarzy ręcznych. Uśmiechnęłam się tylko i weszłam na altanki, siadając na drewnianej belce, delektując się śpiewem ptaków.  – Długo jesteś z Bartkiem?
- To dość skomplikowana historia… Ale nie, właściwie od niedawna.
- Jest całkowicie w ciebie wpatrzony i nie próbuj zaprzeczać.
- Nie próbuję, bardzo mi na nim zależy. Dlaczego wybrałeś się tu przed zgrupowaniem? – coś mi nie pasowało w tym nagłym odpoczynku, zwłaszcza, że Grzesiek przyjechał tu sam. Nie znałam go jako człowieka, znałam tylko jego grę, ale gołym okiem można zauważyć, że to nie jest normalne. – Może nie powinnam się wtrącać, ale to nie wygląda mi na spontaniczny wypad.
- Bo taki nie jest. W ostatniej chwili musiałem zrezygnować ze zgrupowania. Dlatego postanowiłem, że tutaj przyjadę, żeby zastanowić się nad swoim życiem, pogadać z kumplem.
- Nie wiem czy wiesz, ale dla większości tych wielkich stworzeń, pieszczotliwie nazywanych przeze mnie Miśkami, jestem osobistym psychologiem. Więc, co cię gnębi?
- Kontuzja kolana. Może całkowicie wykluczyć mnie z gry i pożegnam się z klubem. Z zabiegiem wiąże się duże ryzyko. – Grzesiek oparł się o belkę, stając obok mnie z nieciekawą miną. Pokiwałam głową, zastanawiając się, co mam mu powiedzieć.
- Jesteś szczęśliwy? – zapytałam nagle, ni stąd ni zowąd. Zaskoczyłam go tym pytaniem. Spojrzał na mnie podejrzliwie, jakby myślał, że coś knuję.  – To zwykłe pytanie: jesteś szczęśliwy?
- Jestem. Mam żonę, wspaniałego syna…
- Więc nie powinieneś się wahać, co wybrać. Rodzina jest najważniejsza. A poza tym, nawet jeżeli coś pójdzie nie tak, to nie musisz odchodzić, możesz zostać trenerem, przekazać młodym swoje doświadczenie, aby stali się kiedyś tacy jak ty.
- Będzie mi bardzo brakowało gry, nawet nie wiesz jak bardzo będę za tym tęsknił. Za tymi emocjami, kiedy wychodzisz na boisko przed kilkutysięczną publicznością, kibicami, którzy na ciebie liczą, kiedy przedzierasz się pomiędzy obrońcami przeciwnika i trafiasz, a tłum skanduje twoje imię.
- To normalne – tęsknota. Każdy za czymś albo za kimś tęskni, nie da się inaczej.  – wzruszyłam ramionami przypominając sobie jak tęskniłam za Bartkiem. Czułam się okropnie, nie mogłam ani na chwilę o nim zapomnieć. Nie chciałam o nim zapomnieć. Ale wszystko się ułożyło z czasem.
- Masz rację. Jesteś świetnym psychologiem – uśmiechnął się do mnie i szturchając w ramię na pożegnanie, wyszedł z altanki. Jednak na chwilę się zatrzymał, słysząc głośny wrzask i śmiech. Popatrzył na mnie podejrzliwie, na co tylko wzruszyłam ramionami. – Dlaczego przychodzi mi do głowy, że to twoja sprawka? – udałam, że nie wiem o czym mówi, po czym postanowiłam udać się razem z nim do ośrodka. Tak na wszelki wypadek, żeby mieć obrońcę, jakby Bartek chciał mnie dopaść.
Weszliśmy do ośrodka i pierwsze co zwróciło naszą uwagę, to wystraszony wyraz twarzy pani z recepcji i Zbyszek śmiejący się do łez. Aż miał problem złapać oddech. W powiązaniu z tamtym krzykiem, oznaczało to, że Adrian świetnie wykonał swoje zadanie. Uśmiechnęłam się chytrze, słysząc z głębi korytarza zawodzenie Kuby przerywane śmiechem Zatora. Nie musiałam długo czekać, żeby zobaczyć idącego szybkim krokiem między nimi Bartka, zakrytego gazetą. Parsknęłam śmiechem, chowając się za Grześka, który stał oniemiały.
- Kochanie, bardzo śmieszne, naprawdę boki zrywać, ale możesz mi powiedzieć, dlaczego wszystkie moje ubrania, podkreślam WSZYSTKIE nagle zniknęły w niewyjaśnionych okolicznościach?

- Hmmm… Nie wiem, może to te skarpetki Kuby, które ostatnio wydawały się zanadto żywe mają coś z tym wspólnego? – Kurek był wściekły, cały czerwony na twarzy ze złości, ale też wstydu, bo paradował całkiem nagi z gazetą zakrywającą odpowiednie miejsca. Jednak w którymś momencie jego złość zniknęła, ustępując twarzy małego, zagubionego chłopca. Brał mnie na litość, wiedział, że się nie oprę. Nic nie mówił, tylko patrzył. – Poszukaj u Adriana. – powiedziałam w końcu, uznając zemstę za udaną. Pozostawało mi mieć nadzieję, że nie będzie chciał się odegrać. 
Bartek cały dzień się na mnie dąsał, pokazując wszystkim jak się da, że ze mną nie rozmawia. Ja natomiast za każdym razem jak go widziałam, zaczynałam się śmiać i wmawiałam sobie jaka to jestem przebiegła. Uparcie mnie ignorował, ale wiedziałam, że długo nie wytrzyma. Ja też miałam już z tym problem, kiedy po raz enty mijałam go na korytarzu. O mało nie rzuciłam się mu na szyję, krzycząc przepraszam. Jeszcze przez przypadek mogłabym mu coś zrobić.
- Ida, będziesz dziś u mnie? Impreza z Grześkiem? Będziemy wspominać stare, dobre czasy. – Igła wpadł do mojego pokoju z wielkim impetem, otwierając drzwi na oścież, kiedy zamykałam laptopa i padałam na twarz prawie jak oni po niektórych treningach. Patrzenie w ekran całymi godzinami jest naprawdę męczące. – Nie daj się prosić, Wisienko! – mruknął słodko, kiedy zobaczył mój wyraz twarzy. Miałam ochotę pójść, ale czułam, że nie minie dużo czasu a odlecę. Oczy już mi się zamykały, a jeszcze nie było kolacji.
- A co na to trener?
- Wiesz jest takie powiedzenie – czego trener nie widzi, tego nie żałujemy… - zmrużyłam sugestywnie oczy, patrząc na polskiego libero, kiedy w drzwiach pojawił się Adrian. Popatrzył to na niego, to na mnie, nie wiedząc o co chodzi. – O, Adrian. Przyjdziesz wieczorem do nas? Robimy małą imprezkę.
- ‘Mała’ to nie jest dobry przymiotnik, opisujący wasze imprezy…. Ale przyjdę. Ida, dlaczego masz taką dziwną minę?
- Bo padam na twarz i marzę o tym, żeby iść spać? Ty sobie chodzisz nie wiadomo gdzie, a ja siedzę i gapię się w monitor. Pomógłbyś trochę.
- Obiecuję, że jutro to ja się będę męczył, patrząc w monitor. A dzisiaj idziemy do Igły, najwyżej zaśniesz mi na ramieniu albo na ramieniu Bartka. Będzie fajnie… - westchnęłam głęboko, nie mając innego wyjścia powiedziałam, że przyjdę. Igła podskoczył z radości i trzasnął drzwiami, aż zadzwoniło mi w uszach.
- Ja ci zaraz trzasnę drzwiami, ty mamucie! – krzyknęłam, ale sądząc po śmiechach, dochodzących z korytarzy, Krzyśka już tam nie było. – Zwariuję, jak Boga kocham, zwariuję!
- Oj, ale musisz przyznać, że i tak ich lubisz. – miał rację, co rzadko się zdarzało. Naprawdę polubiłam tą zgraję Miśków. A pomyśleć, że jak widzieli mnie pierwszy raz, to myśleli, że jestem rzeźbą… No cóż, na szczęście potem się poprawili. Nie dużo, ale zawsze coś. 

poniedziałek, 3 czerwca 2013

"- Ja was też."

- Dziękuję pani Ewo, obiadek był przepyszny. A, czy mogłaby pani zostawić porcyjkę, dla Adriana? Dzwonił, że jedzie już i bardzo panią o to prosił – zrobiłam maślane oczka do Pani Ewy, co wywołało jej wielkie westchnięcie.
- Dobrze już, dobrze, zostawię. Niech jedzie szczęśliwie – uśmiechnęłam się jeszcze raz i pobiegłam na górę. Pokój był otwarty, co oznaczało, że panowie już wrócili. Zaskoczyło mnie to, że byli w trakcie pakowania swoich rzeczy.
- Niestety, wracamy do siebie, bo już nam pokoik odpicowali – mruknął Kuba z niezadowoleniem. Akurat z jego odejścia to się cieszyłam, przynajmniej mnie nikt w nocy nie przygniecie i będę mieć łóżko dla siebie. Choć to do końca nie jest takie fajne, bo jak Kuby nie będzie to i Bartka.
- No cóż, jakoś się z tym pogodzę. Z resztą Adrian już jedzie, więc nie będę sama. – panowie zabrali manatki i już mieli wychodzić, kiedy zauważyłam bardzo istotną rzecz na moim łóżku.
- Rudy, nawrót! Co to jest? – pokazałam na niegdyś białe zawiniątka leżące dokładnie na środku mojego łóżka.
- To są przyjaciółki moich stópek, potocznie zwane skarpetkami.
- Chyba pieszczotliwie, a nie potocznie. Zabieraj to, ale już! – Kuba wziął je w garść i opuścił mój pokój. Odetchnęłam z ulgą, kiedy te skarpetki zniknęły mi z pola widzenia. Bóg wie ile nie były prane, cały czas miałam przed oczami tą skarpetkę, która wypłynęła z ich pokoju. Brr, aż mnie otrzepało.
Siedziałam sobie na łóżku, bawiąc się materiałem i czekając na telefon od Adriana. Miał zadzwonić, jak będzie blisko Spały, żebym się nie denerwowała. Szperałam coś w materiałach, kiedy nagle, z wielkim hukiem otwarły się drzwi do pokoju, którym towarzyszył przeraźliwy krzyk „Mamy cię!” i dosłownie kilka sekund później poczułam, że jestem cała mokra.
- Och, zwariowaliście?! Boże, całe łóżko jest mokre i gdzie ja będę teraz spać?! – pisnęłam cała zrozpaczona teatralnie, aż te miśki o małych rozumkach się nabrały. Przybrali dość niewyraźne miny, po czy popatrzyli po sobie przerażeni.
- Widzisz Bartman? Mówiłem, że to jest zły pomysł! Ale jak Kubiak mówi zły pomysł, to nikt go nie słucha! – założył ręce na klatce piersiowej i obrócił się plecami do Zbyszka, który zrobił się strasznie czerwony. Po czym padł na kolana ze złożonymi dłońmi i zaczął żałośnie wołać.
- Wisienko najdroższa, wybacz mi, bo moje serce tego nie zniesie! Oddam ci nawet własne łóżko, ale wybacz najukochańsza! – wytrzeszczyłam oczy, słysząc to wielkie przemówienie, a Kurek w drzwiach dosłownie upadł na podłogę, przygwożdżony śmiechem. I Pawłem, który chciał sprawdzić co się dzieje.
- Zbyszku mój drogi, wstańże z tej podłogi! Nie gniewam się na ciebie, wszakże to było łóżko Adriana, nie moje! Jego będziesz prosił o przebaczenie.
- Właściwie już możesz zacząć, zacny rycerzu – w drzwiach pojawił się mój przyjaciel, potykając się o leżącego Kurka i Zatorskiego. Całe szczęście utrzymał równowagę i nie runął na ziemię. Przynajmniej nie w tej chwili, nie wiedziałam bowiem co może wydarzyć się za chwil kilka.
- Adrian, weź go ze mnie ściągnij – mruknął Bartek, spychając Pawła ze swojego brzucha. Przy okazji napatoczył się jeszcze Daniel, tym razem wychodzący z pokoju, nie z szafy. Przypatrywał się nam przez chwilę, po czym mruknął „i to mnie nazywają wariatem” i poszedł w bliżej nieokreślonym kierunku. Adrian podał łapkę Pawłowi i odciągnął go od Bartka, przy okazji się witając. Kurek wstał o własnych siłach z wielkim trudem, wszakże nie był jeszcze u Olka.
- Mam pewne rozwiązanie, wymagające odwagi – mrugnął do mnie, wskazując na poduszkę i drzwi. Uśmiechnęłam się pod nosem, szybko biorąc rzeczy ze sobą.
- Ale pod jednym warunkiem.
- Co tylko zechcesz – ziewnął Kurek.
- Trzymasz mnie z dala od łóżka Kuby i jego skarpetek.
***
Miałam nadzieję, że sobie pośpię tak jak wczoraj i nic mnie rano nie zaskoczy. Jednak jak to już bywa, nie poszło po mojej myśli. Gdzieś nad ranem dało się słyszeć głośny łomot i najzwyczajniej w świecie bym się tym nie przejęła, gdyby ten dźwięk dochodził z innego pokoju. Tym razem coś stało się w pomieszczeniu, w aktualnie spałam i byłam przytulana przez Bartka. Otwarłam jedno oko, ale wszystko wydawało się w porządku – nie zobaczyłam żadnego dziwoląga ani wody na podłodze, ani bielizny żyjącej własnym życiem. Przekręciłam się na bok, ku niezadowoleniu Bartka i wystawiłam głowę nad jego ramię, przymrużając oczy przed atakującym je słońcem. I coś mi nie pasowało, tylko nie bardzo mogłam pojąć co, bo wszystko wyglądało w miarę normalnie…. Mruknęłam przekleństwo pod nosem i opadłam na poduszkę, szturchając Bartka.
- Co jest? – warknął cicho, nawet przyjemnie.
- Coś rąbnęło i nie wiem co, przeraża mnie to.
- I dlatego mnie budzisz?
- Przepraszam, myślałam, że też słyszałeś. A jak to jakiś bandyta? Weź lepiej sprawdź.  – Kurek podniósł się z poduszki, którą kilka sekund później mu zagarnęłam i zaczął się rozglądać. Na początku mruczał, że niepotrzebnie go budziłam, ale potem zamilkł i zaczął się śmiać.  – Mówiłam? Znalazłeś coś!
- Tak, ale musisz to sama zobaczyć, bo mi nie uwierzysz.  – zmarszczyłam brwi i wstałam, żeby zobaczyć to coś. I rzeczywiście, Bartek miał rację, nie uwierzyłabym mu. Bo kto głupi uwierzyłby, gdyby usłyszał, że na podłodze jego pokoju leży wyrośnięty misiek tulący się do żywego królika gryzącego skarpetkę?
- Marcin? Zwierz? Czy to jakaś ukryta kamera? – w sytuacjach skrajnie dziwnych byłam nie do zatrzymania. Kucnęłam i przyjrzałam się temu włochatemu, kochanemu zwierzątku, po czym łapiąc za koniuszek, wyciągnęłam mu skarpetkę z pyska – Nie jedz tego, zwierzu, jeszcze się otrujesz. Chodź do cioci Wiśni. – odłożyłam łapkę śpiącego Marcina na bok i wzięłam bestyjkę na ręce. Był taki milutki i puszysty, prawie jak ten reklamowany w telewizji Foxi – papier. Jednak chwilkę po tym jak zabrałam go z Marcinowych rąk, domniemany właściciel wybudził się z krzykiem:
- Zostawcie Marchewkę! – po czym porwał ode mnie królika, czym mnie śmiertelnie wystraszył. Kurek aż odskoczył kawek dalej, bojąc się, że mu środkowy oczy wydłubie. Odetchnęłam głęboko i postanowiłam poznać przyczynę odwiedzin Marcina i jego… Marchewki.
- Dobrze, nic się mu nie stanie. Dlaczego wpadłeś do nas z niezapowiedzianą wizytą?
- Bo Daniel zagroził, że ugotuje rosół, jeżeli go stamtąd nie zabiorę – pogłaskał czule króliczka, po czym dał mu nadgryzioną skarpetkę.
- Wiesz co? Trzeba mu załatwić jakąś klatkę i możesz zostawić go w moim pokoju. Adrian lubi małe, włochate zwierzątka. Wiesz, swój pozna swego i te sprawy… Pasuje? – Marcin od razu się rozpromienił i wyszedł z powrotem przez balkon razem z Marchewką. Popatrzyłam na Bartka lekko zmartwiona kondycją psychiczną jego kolegów. – Bartek, powiedz mi, wszystko w porządku z Tobą? – przyjmujący usiadł na podłodze obok mnie, patrząc mi w oczy z rozbawioną miną.
- Nie mam problemów z alkoholem, nie muszę chodzić do seksuologa, nie mam włochatych przyjaciół, kocham cię, więc mogę stwierdzić, że wszystko jest ze mną w najlepszym porządku. 
- Właśnie powiedziałeś, że mnie kochasz… - powtórzyłam za nim te dwa, zobowiązujące słowa, będąc równie zaskoczoną i wniebowziętą. On tylko uśmiechnął się szerzej i przyciągnął mnie bliżej siebie. Mogłam oszaleć dla tych szalenie niebieskich oczu wpatrzonych prosto we mnie.
- Bo to prawda. Przepraszam, jeżeli powiedziałem coś nie tak. – pocałowałam go w czoło, ciesząc się, że w końcu mam okazję to zrobić. Bardzo chciałam to usłyszeć, marzyłam, żeby tak się stało, żeby być pewną, że odwzajemnia moje uczucia. Nie przypuszczałam, że może to nastąpić w tak niespodziewanej chwili, jak poranna pobudka za sprawą odwiedzin Marcina i jego królika, ale to nie ważne. Liczyło się tylko to, że ja odwzajemniał jego uczucia.
- Wszystko jest bardziej niż ‘tak’. Kocham cię. – przytuliłam się do niego mocno, czując jak całuje mnie delikatnie w szyję. Towarzyszyło temu ciche chrapanie Kuby, przerywające poranną ciszę. Siedzieliśmy na tej podłodze, ciesząc się swoją obecnością, kiedy Kuba chrapnął przeciągle, mrucząc coś cholernie niespodziewanego.

- Ja was też. 

niedziela, 12 maja 2013

"-Wie pan... To takie męskie sprawy, dość intymne..."


Szczerze musiałam przyznać wszem i wobec, że to była jedyna spalska, przespana noc. Żadnych rannych pobudek, niespodzianek, powodzi i innych zdarzeń, które mogłyby wyrwać mnie ze snu. Przebudziłam się kilka minut po ósmej, czując, że jestem wyspana do granic możliwości. Uśmiechnęłam się pod nosem, przeciągając się na łóżku. Czułam, że Bartek leży blisko mnie, co niebywale mnie cieszyło. Wreszcie mogłam powiedzieć, że ruszyliśmy z miejsca. Odwróciłam się w jego stronę, spotykając się z nim twarzą w twarz.
- Nie chciałem cię budzić, za słodko spałaś.  – mruknął pod nosem, poprawiając sobie poduszkę pod głową. Uśmiechnęłam się do niego, wtulając się w jego tors.
- Dziękuję za wybawienie od Kubusia. Jego ręce są trochę… ciężkie.  – coś mi nie pasowało, tylko nie wiedziałam co. Właściwie było mi zbyt wygodnie. Zmarszczyłam brwi, wychylając głowę zza bartkowego ramienia. Kuby nie było, przynajmniej na łóżku. Wróciłam na swoje miejsce trochę zdezorientowana, dochodząc do wniosku, że Rudy widocznie wstał wcześniej. Jednak kiedy zobaczyłam wyraz twarzy Kurka, zmieniłam zdanie. – Bartek? Co ty mu zrobiłeś?  - Kurek schował twarz w poduszkę, trzęsąc się ze śmiechu. Nie powiem, lubiłam mu się przyglądać, jak się śmiał, zwłaszcza, że jego oczy nabywały wtedy niecodziennego blasku. Jednak w tej sytuacji nie mogłam się zwyczajnie przyglądać, bo jego zachowanie wskazywało na to, że Jarosza mogły spotkać jakieś niespodzianki.  – Bartek?
- Powiedzmy, że mnie też próbował przygnieść, to przesunąłem go na jego część łóżka. A że nie zauważył, że leży na krawędzi i obracając się spadł z łóżka, to już nie moja wina.  – wytrzeszczyłam na niego oczy i szybko przełażąc przez niego na drugą stronę łóżka, spoglądając ze strachem na podłogę. Kiedy zbliżyłam się wystarczająco, żeby dostrzec na ziemi Rudego, mało nie dostałam zawału.
- Buuu! – krzyknął, podskakując w górę zadowolony. Odskoczyłam piszcząc głośno i przygniatając Kurka. Tamten jęknął cicho, bo wbiłam mu łokieć w brzuch, a Jarosz śmiał się jak głupi, pokazując na nas palcami. Powoli unormowałam swój oddech, a moja twarz przybrała wojenny wyraz. Spojrzałam na Jarosza groźnie, a jego uśmieszek od razu zniknął, w oczach pojawiło się przerażenie. Pozbierał się szybko z podłogi i w trymiga wybiegł na korytarz. A ja pobiegłam za nim. Widziałam jak wbiega do któregoś pokoju, więc wbiegłam tam za nim. I, muszę przyznać, szczerze tego pożałowałam.
- Jezu, przepraszam, nie chciałam – momentalnie zasłoniłam sobie oczy, próbując je uchronić przed nadmiernym zachwytem prawie nagiego Winiarskiego. Choć z drugiej strony, to nie miałam zbytniej ochoty ich zasłaniać. W każdym razie Michał był na tyle zaspany, że nawet nie zauważył, jak wybiegliśmy z jego pokoju. Najpierw Kuba, potem ja. Następnie wpadł do pokoju po drugiej stronie korytarza i nim zdążyłam mu przeszkodzić, zdążył się zamknąć w tamtejszej łazience. Na początku nie zwróciłam uwagi na to, czyj to pokój i zaczęłam walić do drzwi łazienki.
- Jarosz, tchórzu, wyłaź i to już! – krzyknęłam i zdziwiłam się okropnie, gdy parę sekund później tak zrobił. – Ha, mam cię! – wskoczyłam mu na plecy, okładając go małymi piąstkami, jednak chwilę potem zostałam od niego odciągnięta.
- Rudy, uciekaj!  - usłyszałam z ust Krzyśka, po czym poczułam jak krępuje mi ręce. Kuba uciekł, zostawiając mnie na pastwę Krzysztofa Ignaczaka. Uśmiechnęłam się do niego pięknie, obiecując, że nie będę już gonić jego kolegi, więc mnie puścił. Właściwie to bałam się gonić tą rudą małpę, bo nie wiedziałam gdzie za chwilę się znajdę. Równie dobrze Kuba mógł wbiec do pokoju trenera albo, nie daj Boże, Olka Bieleckiego.  – Co on ci zrobił? – zapytał Krzysiek z niedowierzaniem.
- Śmiertelnie mnie wystraszył. Gdzie twój współlokator?
- A, kąpie się – parsknęłam śmiechem, zdając sobie sprawę, że przed chwilą w tej łazience znalazł się Jarosz. Chwilę później drzwi do łazienki się otwarły i z kłębów pary wyłonił się Ziomek, lekko zdezorientowany nie tylko wtargnięciem Jakuba, ale i moją osobą. Cóż, to nie moja wina, że nie przyzwyczaili się do obecności kobiet w swoim reprezentacyjnym życiu.
- To ja się może ubiorę – powiedział lekko speszony rozgrywający i zniknął w kłębach pary razem z ubraniami, które zgarnął z łóżka. Pokręciłam głową z niedowierzaniem. Drzwi do pokoju się otwarły i stanął w nich Kurek. Założył ręce na klatkę piersiową i przyglądał mi się znacząco.
- Możesz mi powiedzieć dlaczego podglądasz moich kolegów z reprezentacji? – zapytał tonem bardzo zazdrosnym, który bardzo mi się spodobał. Zrobiłam identyczny gest, po czym przybierając taki sam ton, postanowiłam się z nim podroczyć.
- Możesz mi powiedzieć, dlaczego cię to interesuje, skoro spędziłam z tobą całą noc w jednym łóżku?
- Fakt – Bartek zrobił minę zbitego psa, po czym zamierzał wyjść z pokoju.
- Jesteś zazdrosny! – krzyknęłam, co zadziałało na niego jak płachta na byka. I teraz ja musiałam uciekać. Jednak jakie szanse ma Wiśnia w porównaniu z wielkim misiem o małym rozumku w dodatku grającego w siatkówkę? Bardzo, bardzo małe. Mniejsze od misiowego rozumku.
***
- Ha! Mam cię! – zawołał Kurek po jakiś pięciu minutach pościgu, kiedy o mało co nie przygwoździł mnie do podłogi. Całe szczęście, że mam jeszcze jakikolwiek refleks.
- Przecież dobrze wiedziałeś, że ten pościg wcale nie będzie długo trwał.  – popatrzyłam na niego podejrzliwie, zastanawiając się, co on planuje ze mną zrobić z tym dziwnym uśmieszkiem na twarzy. Całkowicie nie przeszkadzało mi to, że był tak blisko, ani to, że czułam jego oddech na swojej szyi. Ale stanowczo przeszkadzało mi to, że jakieś kilka sekund później, zaczął mnie łaskotać jak szalony. A ja naprawdę mam wielkie łaskotki. Zaczęłam piszczeć, aż w pewnym momencie otwarły się któreś drzwi i zobaczyłam tylko czyjeś nogi drepczące szybko w naszą stronę.
- Aua, aua! – Bartek upadł po drugiej stronie korytarza, a ja nie wiedziałam co się dzieje. Z pewnością moja twarz przybrała kolor dojrzałej wiśni, nie mogłam wydusić z siebie słowa. Bo tą osobą, która przydreptała była ciotka Magda i zaczęła Bartka okładać torebką!  - Ja już nie będę, obiecuję, przyrzekam!  - patrzyłam na ciocię i na Bartka, aż w końcu zaczęłam się śmiać. Tak szaleńczo, że otwarły się kolejne drzwi.
- Coś śmiesznego beze mnie? Karygodne. – powiedział Winiar, nie bardzo wiedząc o co chodzi.  – Ty się śmiejesz, pani się wyżywa, a Bartek leży i kwiczy…. Super, mogę się pośmiać z tobą? – przytaknęłam, więc Winiar usiadł obok mnie i zaczął się z Bartka nabijać, co spowodowało, że nasz śmiech wywabił z pokoju kolejnego ciekawskiego.

- Ej, ja też chcę wiedzieć! – mruknął Paweł, prezentując nam swoją niezadowoloną minę. Wskazałam tylko ręką na piękny obrazek, po czym położyłam się na podłodze, nie mogąc już na to wszystko patrzeć. A Winiar właśnie płakał. Oczywiście ze śmiechu.
Ciotka Magda nagle się wyprostowała, głęboko odetchnęła i zabrawszy swoją torebkę, bardzo ciężką nawiasem mówiąc, dostojnym krokiem opuściła nasze towarzystwo. Bartek miał minę, jakby się dowiedział, że ma opuścić kadrę i wracać do domu. Cały czerwony na twarzy, spojrzał w naszą stronę i co najdziwniejsze, zaczął się śmiać razem z nami. Paweł popatrzył na nas naburmuszony i opuścił nas z bardzo niezadowoloną miną.
- Widzicie? I nawet pani Magda się nie pożegnała przez was. 
- Co masz na myśli? – nagle otrzeźwiałam i podniosłam się z podłogi.
- No to, że z Olkiem już jest lepiej i trener odsyła twoją ciocię do domu. Ale właściwie to ja nie myślę….  – tak, z Pawłem czasem ciężko się dogadać. Zwłaszcza jeżeli zdaliśmy sobie właśnie sprawę, że Krzysiek to wszystko nagrał.
- Krzysiu, chyba nie muszę ci mówić, że masz wykasować to nagranie.
- Bartuś, pomarzyć zawsze można.
***
- Panowie, bierzemy się do roboty. Rozciąganie, atak, zagrywka, meczyk. Piękna nagrywa, Olek masuje, bez żartów. Zaczynamy! – jeżeli trener Anastasi myślał kiedykolwiek, że oni mogą być śmiertelnie poważni, jeżeli znajdują się w jednym pomieszczeniu wszyscy razem, to był w wielkim błędzie. Choć z drugiej strony, to nie wiedziałam, czy on był w ogóle tego świadomy tego, jakie robili sobie żarciki. Na przykład Kubiak skorzystał z okazji, gdy trener nie patrzył, i ściągnął Zbyszkowi spodnie. Jednak Zbyszek w ekspresowym tempie je założył tak, że nawet bardzo uważny Mariusz tego nie zauważył. Albo Igła, machając w moją stronę, pokazał mi, że związał sznurówki Pawła. Przymknęłam oczy, kiedy zauważyłam, że Paweł wstaje z podłogi, bo nie chciałam widzieć jego wielkiego upadku. Paweł nie był tak szybki jak Zbyszek i zanim się zorientował, że raczej nigdzie nie pobiegnie, leżał już na podłodze. Tego trener też nie zauważył, bo Wiewiór udawał, że strasznie się rozciąga. Moje oko widziało wszystko, czego nie musiał widzieć trener. A co, niech żyje w przekonaniu, że jego podopieczni potrafią zachować powagę.
- Ida, możesz podejść tu na chwilę?  - usłyszałam wołanie Olka, więc odłożyłam kamerę i podeszłam sprawdzić o co mu chodzi. – Weź to i włóż to Zbyszkowi za koszulkę. – położył mi na dłoni coś małego i włochatego. Skrzywiłam się i oddałam mu to z powrotem.
- Wie pan co? Pan trener próbuje ich jakoś do porządku doprowadzić, a pan sobie jakieś żarty robi!  - odeszłam teatralnym krokiem, zostawiając go trochę zdezorientowanego, co było moim celem. Przy okazji, okazując swoje zdegustowanie sytuacją, zabrałam butelkę wody mineralnej i odkręciłam ją ze złością. Woda pochodziła prosto z lodówki Olka, więc była bardzo zimna. A że ze mnie jest straszna niezdara, to nie chcący oczywiście oblałam zgrzanego Zbyszka, który akurat przebiegał obok mnie. – No i jak biegasz Bartman?! Uważałbyś trochę! – wrzasnęłam na niego, puszczając Bartkowi oko i z rozłożonymi ramionami wróciłam na swoje miejsce. Chłopcy spoglądali na Zbyszka ironicznie, podśmiechując się pod nosem. Tak, co ja bym bez nich zrobiła. Trener wyszedł na chwilę, bo zapomniał jakiś kartek czy czegoś, nie zrozumiałam, bo mówił po włosku. Bartek skorzystał z okazji i podszedł do mnie, porwał mi kamerę.
- Ej, co robisz? – mruknęłam, próbując mu ją odebrać, ale niestety różnica wzrostu robiła swoje.
- Cała Polska, przynajmniej ta siatkarska, zobaczy teraz moją śliczną wiśniową księżniczkę i jej jakże przystojnego księcia – powiedział, po czym cmoknął mnie w policzek i uciekł na boisko, bo Anastasi wrócił na halę. Pokręciłam głową z niedowierzaniem.
- I kto tu jest księżniczką, Bartuś?
- Ja! – krzyknął Kubiak, machając do mnie powabnie. Zasłoniłam oczy, żeby nie oglądać tej kompromitacji, ale oczywiście wszystko nagrywałam. Chyba nie byłabym sobą, gdybym tego nie zrobiła.  – Będę królewną Śnieżką!
- Kubiak, debilu! Królewna to nie jest księżniczka – oświecił Michała Ziomek. To będzie ciekawe, pomyślałam, widząc śmiertelnie poważną minę Łukasza. Kubiak popatrzył na niego zdziwiony.
- Jak to?
- Przecież królewna to jest od króla, a księżniczka od księcia! – panowie rozmawiali po polsku, więc trener nie zrozumiał o czym mówili. Za to chłopcy tak i parsknęli śmiechem, słysząc wypowiedź rozgrywającego.
- Ida, z czego oni się tak śmieją? – zapytał, niezbyt zachwycony ich zachowaniem, Anastasi. Chrząknęłam znacząco, szukając jakieś szybkiej odpowiedzi, ale nie mogło mi przyjść nic racjonalnego do głowy. Więc postanowiłam skorzystać z czego mało racjonalnego.
- Wie pan… To takie męskie sprawy, dość intymne…. – Anastasi pokiwał głową, że rozumie, po czym przywołał Michała do siebie. Ja, tak na wszelki wypadek, oddaliłam się kawałek, ale nie na tyle, żeby nie słyszeć o czym rozmawiali.
- Michał, wiesz… Ja znam dobrego specjalistę od tych spraw. Mogę dać ci na niego namiary. – Kubiak spojrzał na niego zdezorientowany i nie wiedząc, co ma zrobić po prostu przytaknął.
I tak, po bardzo wyczerpującym treningu, można było usłyszeć jego wrzask i śmiech kolegów. ‘Dziki’ śmiech
- Seksuolog?!

środa, 17 kwietnia 2013

"Twoją, wiśniową księżniczkę"



- Widzą państwo właśnie leśną wycieczkę krajoznawczą, której przewodniczy Rudy.  – usłyszałam głos Krzyśka, więc odruchowo poprawiłam włosy. – Wisienko i tak wyglądasz świetnie! – usłyszałam ponownie Krzyśka, widziałam jak do mnie mrugnął. Pomachałam więc do kamery. – I tak nie widać twojej górnej połowy, jesteście razem za wysocy. – przeszliśmy obok Ignaczaka i weszliśmy do altanki, gdzie stał Zibi razem z Wiewiórem i czymś do picia.
- Możesz mnie postawić na ziemi? Chciałabym się napić – jednak Bartek nawet nie myślał mnie słuchać. Podał mi butelkę soku pomarańczowego, po czym sam wziął sobie jedną. – Barteeek, nie daj się prosić.
- A co ja będę z tego miał?
- Hmmm… Pomyślmy, z racji tego, że nie masz gdzie spać, to dach nad głową. Wystarczy?
- Jeżeli będziesz leżeć obok, to wystarczy – powiedział cicho, nie chcąc, żeby inni słyszeli. Jednak ja miałam ochotę się z nim podroczyć.
- W życiu, wolę spać obok Kuby, mojego wybawcy! – powiedziałam akurat wtedy, kiedy Rudy znalazł się niedaleko. Uśmiechnął się i dumnie wypiął pierś do przodu. Bartek westchnął i ostatecznie postawił mnie na ziemi. – Dziękuję. Igła, masz coś do zmontowania?
- Zawsze i wszędzie. Zaraz ci wszystko zgram. – zrobiłam to celowo, bo chciałam na chwilę pobyć sama i dojść do siebie. Czułam się dziwnie, miałam ochotę śpiewać i tańczyć, bo zapach pomarańczy już czułam. Nuciłam sobie coś pod nosem, drżąc na wspomnienie tamtej ulotnej chwili, kiedy próbował mnie pocałować. Jeszcze nigdy nie czułam się tak, jak wtedy przy nim i naprawdę nie chciałam, żeby to kiedykolwiek się skończyło.  – Chyba wycieczka się udała, promieniejesz – Ignaczak szturchnął mnie łokciem, wyrywając tym samym z głębszych rozmyślań. Wzruszyłam ramionami, uśmiechając się szeroko, miał rację. Świętą rację. W końcu wiedziałam, na czym stoję i mogłam mieć tylko nadzieję, że nikt i nic tego nie zepsuje. Igła wziął w obroty mojego laptopa i szybko zgrał materiał. Po czym zostawił mnie samą w pokoju, puszczając oczko na pożegnanie. W momencie, gdy wyszedł zadzwonił mój telefon.
- Cześć, Iduś. Jak ci tam?
- Dobrze, choć szkoda, że was tu nie ma. Dojechaliście już?
- Właściwie tak. Wiesz, Konstantin dzwonił….
- I?
- Powiedział, że Alex leci do Polski. Leci do mnie.
- To cudownie! Wyjaśnicie sobie wszystkie nieporozumienia i wszystko będzie jak dawniej. Naprawdę się cieszę.
- Tak, słyszę. Ale coś mi się wydaje, że za bardzo? Stało się coś?
- Po prostu mam dobry humor. I dużo pracy.
- Jeszcze nigdy nie słyszałam, żeby ktoś się cieszył, że ma dużo do roboty. Ale w takim przypadku, sama bym się cieszyła. To jak wszystko w porządku, to nie przeszkadzam. Tylko bądź mi grzeczna w nocy i nie rozrabiaj!
Uśmiechnęłam się pod nosem i wzięłam się do pracy. Rzeczywiście Krzysiek nagrał dziś mnóstwo, właściwie cały dzień. Uśmiałam się do łez, widząc minę Zbyszka, kiedy Kubiak oblał go sokiem, a potem ganiali się po całym ośrodku. Potem był wątek trenera, który tanecznym krokiem przemierzał halę ze swoją tabliczką w stronę Ziomka, który był masowany przez ciotkę Magdę. A dalej Rucek w ciemnych okularach i Gorączka Sobotniej Nocy. Normalnie myślałam, że spadnę z łóżka i przez przypadek strącę też ciuchy Jarosza.
- Puk, puk. Kolacja! – zobaczyłam w drzwiach głowę Winiarskiego, po czym zmarszczyłam brwi. Zerknęłam na zegarek, uświadamiając sobie, że strasznie się zasiedziałam. Przetarłam oczy i podniosłam się z łóżka. – Ktoś się tu zapracowuje, nie ładnie!
- Straciłam poczucie czasu. A co tak ładnie pachnie?
- Pieczeń w sosie pomarańczowo – miętowym.
- Matko i dopiero teraz przychodzisz? Przecież ja głodna jestem. Michale, karygodny błąd! – i biegiem puściłam się na stołówkę, gdzie wszyscy już wsuwali swoje porcje. A moje czekała grzecznie obok Kuby i Bartka, całkowicie nieruszona.
- Bartman, gdzie pchasz ten widelec! – całe szczęście, że przyszłam w porę, bo zostałabym pozbawiona połowy ziemniaków. Usiadłam na krzesełku naprzeciwko Bartka, życząc wszystkim smacznego. Naprawdę byłam głodna i jadłam tak szybko, że skończyłam jako pierwsza. Spojrzałam po sąsiadach, którzy mieli jeszcze co najmniej ćwierć porcji i trochę się speszyłam. A miałam wielką ochotę na dokładkę…. Jednak nie miałam odwagi, żeby wstać i o nią poprosić, więc wpatrywałam się w talerz.
- Wisienko, daj ten talerz. Pójdę po dokładkę – usłyszałam nad sobą niski głos, należący do Łukasza Żygadły. Uśmiechnęłam się wdzięcznie i podałam mu swój talerz. Chwilę później talerz wrócił do mnie pełny po brzegi.  – Po prostu cię uwielbiam – pisnęłam cicho i zabrałam się do pałaszowania.
- Ale jak to? Pani Ewo kochana, ja jestem głodny! – usłyszałam dzikie prośby z okolic okienka. Zbyszek stał tam z miną zbitego psa i spuszczoną głową. Jednak pani Ewa była nieubłagana i nie wydała mu kolejnego kawałka pieczeni. Odłożyłam widelec, patrząc na swoją drugą porcję, po czym zerknęłam na smutnego Zbyszka.
- Bartman, pozwól na moment – zawołałam go do naszego stolika i dałam swój talerz. Spojrzał na mnie zaskoczony, po czym krzyknął dziękuję i pobiegł do Kubiaka. Jednak jak pech, to pech. Zbyszek nie zauważył rozciągającego się Daniela i przepadł, a talerz wylądował… na głowie Michała.
- Zbyszek, to koniec! Od dzisiaj śpisz na balkonie! Boże, cały się lepię….
***
Wszyscy byli padnięci po dzisiejszym dniu, więc od razu położyli się spać. Jak na Spałę, to była niewiarygodne, że kładli się tak wcześnie. Przyszliśmy do pokoju przed ósmą, ziewający co nie miara. Skorzystałam na tym, pierwsza zajmując łazienkę. Wzięłam długi prysznic, umyłam włosy i przebrana w piżamę wróciłam do pokoju. Jakieś było to dla mnie zaskoczenie, jak zobaczyłam zsunięte łóżka i dwóch, wielkich facetów śpiących po bokach. Westchnęłam żałośnie, uświadamiając sobie, że zostało mi miejsce w środku. Oraz to, że ładnie poskładane przeze mnie ciuchy, leżały teraz na podłodze w nieładzie. Pokręciłam głową z niedowierzaniem i zaczęłam próbować dostać się do łóżka, jednak słabo mi to wychodziło. Nie chciałam przełazić przez któregoś z nich, więc musiałam spróbować innego sposobu. Przeskoczyłam przez ramę i dosłownie wryłam się pomiędzy nich. Wyciągnęłam jedną poduszkę spod głowy Kuby i naciągnęłam na siebie koc, który ściągnęłam z Jarosza. Przymknęłam oczy, z zamiarem odejścia do świata snu, kiedy nagle, całkowicie niespodziewanie, poczułam jak coś mnie przygniata. I to wielkie, wielkie coś. Otwarłam szybko oczy, widząc tylko jak wielkie łapsko Rudego spada na moje plecy, a on sam się we mnie wtula. Pisnęłam cicho, czując, że brakuje mi powietrza.
- Bartek, Bartek. – szturchałam przyjmującego, ale ten miał sen jak kamień. Mruknęłam przekleństwo pod nosem, po czym pstryknęłam go w ucho.
- Co jest – mruknął cicho, przeciągając się na łóżku.
- Kuba mnie przygniótł, pomóż mi – pisnęłam, czując jak Jarosz nieświadomie zaciska rękę. Już widziałam te nagłówki w gazetach „Zabita przez żelazny uścisk atakującego z Kędzierzyna”. Bartek nagle jakby oprzytomniał i szybko odwrócił się w moją stronę, ściągając ze mnie Jarosza. Odetchnęłam głęboko siadając na łóżku. Było ciemno, ale czułam, że na mnie patrzy. Odgarnął włosy z mojej twarzy i przybliżył się do mnie, tak samo jak wtedy w lesie. Objął mnie w talii i delikatnie musnął moje usta. Wszystko wariowało, kiedy był blisko mnie, a najbardziej moje serce. Poczułam jak nosem dotyka mojego policzka i świat stał się piękny. Mimo że był pogrążony nocą, teraz był piękniejszy niż zazwyczaj.
- Wreszcie nikt nam nie przeszkadzał – szepnął mi do ucha, po czym przesunął się do środka, robiąc mi miejsce na skraju. Położyłam się na wygrzanym materacu, przymykając powoli oczy, choć wiedziałam, że długo nie zasnę. Bartek przytulił mnie do siebie, kładąc głowę w okolicy mojej szyi, tak że czułam jego oddech. Przyspieszony, tak samo jak mój.
- Nie przygnieciesz mnie? – mruknęłam cicho. Mogłam przysiąc, że Bartek uśmiechnął się pod nosem, kiedy usłyszał moje pytanie.
- Nigdy. Za bardzo mi zależy. A Kuba jutro oberwie, że chciał skrzywdzić wiśniową księżniczkę.
- Twoją, wiśniową księżniczkę.

sobota, 30 marca 2013

"- No wiesz co? To jest kobieta! Mogłeś ją z szacunkiem potraktować! A ty ją do lasu zaciągnąłeś!"



- Panowie, jestem coraz bardziej z was zadowolony. Tak trzymać! – krzyknął uradowany trener Anastasi i z tego zachwytu odwołał popołudniowy trening siłowy. Chłopcy udali się do szatni, na prysznic i pogawędki przerywane polskim rapem, a ja nie miałam co robić. Do obiadu pozostało niecałe pół godziny, ale jakoś nie miałam ochoty iść na stołówkę. W ogóle nie byłam głodna, więc postanowiłam iść do siebie.
Na korytarzu roiło się od robotników, hydraulików i innych ludzi, którzy zajmowali się skutkami porannej powodzi. Korytarz na szczęście wyschnął i można było bez obaw dostać się do pokoju. Zamknęłam za sobą drzwi, nie chcąc, żeby robotnicy interesowali się tym, co będę robić. W pokoju walało się pełno rzeczy chłopaków, a mnie chyba padło na mózg i zaczęłam sprzątać. Zgarnęłam rzeczy jednego z nich ze swojego łóżka i zaczęłam je składać. Zostawiłam tylko bieliznę, bo, szczerze powiedziawszy, bałam się, co mogę tam spotkać. Miałam już dość przygód z żywymi skarpetkami.
Całkiem przypadkiem stwierdziłam, że to rzeczy Bartka, kiedy zobaczyłam reprezentacyjną koszulkę. Czystą, jeszcze nieużywaną. Uśmiechnęłam się sama do siebie i odłożyłam ją na kupkę złożonych rzeczy. Kontynuowałam porządkowanie rzeczy Bartka, kiedy natrafiłam na niebieski notes w grubej oprawie. Nie chciałam do niego zaglądać, szanowałam ludzką prywatność. Odłożyłam go na bok, ale zsunął się z łóżka i spadł na ziemię. Wysypało się z niego trochę papierów, więc powkładałam wszystko do z powrotem do środka. Ostatnie, co włożyłam, to zdjęcie. Nasze, wspólne, z Rzeszowa. Ta magiczna chwila, jakbyśmy…. Nieważne. Poukładałam rzeczy Bartka w torbie i przerzuciłam się na drugie łóżko, gdzie swoje rzeczy składował Kuba. Nie powiem, miał większy porządek niż jego współlokator, ale żeby nie czuł się pominięty, jego ubrania też poukładałam. Gdyby zobaczyła to Ada, bo Adrian nie znał zawartości mojej szafy, powiedziałaby, że coś jest ze mną nie tak. Na co dzień byłam straszną bałaganiarą i moja mama codziennie musiała zwracać mi uwagę na porządek. A teraz dobrowolnie sprzątałam pokój i układałam ubrania, w dodatku nie swoje.
Doprowadziłam pokój do stanu używalności, po czym położyłam się na swoim łóżku. Przymknęłam na chwilę oczy, delektując się ciszą. Ten stan nie trwał długo, został przerwany przez brzęczenie wiertarki. Mruknęłam cicho, wstając z łóżka i rezygnując z krótkiej drzemki, która niewątpliwie by mi się przydała. Przynajmniej szybciej minąłby czas. Odwróciłam się w stronę drzwi i podskoczyłam, kiedy zobaczyłam w nich Bartka.
- Przepraszam, nie chciałem cię wystraszyć – próbował swoim głosem przebić się przez brzęczenie wiertarki, ale z marnym skutkiem.  – Przyszedłem tylko po koszulkę! – krzyknął, a ja zorientowałam się, że świeci przede mną umięśnionym torsem. Trochę się speszyłam i rzuciłam mu koszulkę, którą wyciągnęłam z torby. Oczywiście, zdziwił się, że owa rzecz jest w dobrym stanie i nie jest zbytnio pomięta – Tylko mi nie mów, że robiłaś porządek w naszych rzeczach!
- Nudziło mi się! – wzruszyłam ramionami. Odwróciłam się, nie chcąc okazać zażenowania. Panowie przestali wiercić, pozostawiając niemiłe dzwonienie w uszach.  – Macie jakieś plany na popołudnie? – nienawidziłam podtrzymywania rozmowy za wszelką cenę, ale też nie chciałam milczeć. Ta sytuacja była dla mnie strasznie trudna, bo nie chciałam stracić z nim kontaktu, chciałam rozumieć się z nim jak z nikim innym.
- Kuba mówił coś o jakimś filmie. Nic więcej nie wiem. Ale zawsze możemy iść na spacer. – ostatnie zdanie powiedział w taką nadzieją, że wręcz nie mogłam mu odmówić. Odwróciłam się i spojrzałam na niego, oczekiwał odpowiedzi. Kiwnęłam głową na znak, że się zgadzam, nie musiałam mówić nic więcej. Każda komórka mojego ciała chciała przebywać blisko niego, jednocześnie się tego bojąc. Ale to nie był paraliżujący strach, jeszcze nie. Strach przed odrzuceniem.
Wyszliśmy z pokoju i skinąwszy głową w stronę uśmiechających się do nas robotników, szliśmy korytarzem obok siebie. Nic nie mówiąc, uśmiechając się do trenera, który właśnie nas mijał, wyszliśmy przed ośrodek. Po wczorajszej burzy, dzisiejszy dzień nie był tak upalny, słońce delikatnie ogrzewało nasze twarze.
- Chodź – Bartek pociągnął mnie za rękę i wyszliśmy poza tern ośrodka, weszliśmy w las. Uderzył nas przyjemny chłód, miła odmiana po ostatnich, upalnych dniach czerwca. Mimo że cały czas szłam obok niego leśną ścieżką, Kurek nie puszczał mojej ręki. Uśmiechnęłam się pod nosem. Jakby się bał, że mu ucieknę. Nie musiał się obawiać, bo i tak bym tego nie zrobiła. Nie miałam powodu, żeby od niego uciekać. Chociaż się bałam.  – Co roku tutaj przychodzę, tutaj łatwiej się myśli. – usłyszałam jego cichy głos i krótkie westchnięcie.
- Więc o czym myślisz? – zapytałam, choć tak naprawdę nie chciałam wiedzieć. Właściwie, nie wiedziałam, co mogę usłyszeć. Bartek zatrzymał się na chwilę, stając przede mną. Kiedy tak patrzył, nie liczyło się nic innego. Zapominałam o całym świecie, bo w takich chwilach, to on stawał się całym moim światem.  – O niej?
- Dlaczego tak sądzisz?
- Przecież przyjechała. – dla mnie to było oczywiste, ale chyba nie tak, jak dla niego. Stał obok mnie, ze spuszczoną głową, trzymają mnie za ręce. Aż nagle uniósł wzrok, z dziwnym uśmiechem na twarzy, który właściwie był tylko grymasem. Grymasem niedowierzania.
- Zastanawiałem się nad tym, dlaczego pojawia się tylko wtedy, kiedy jestem szczęśliwy, kiedy ty jesteś blisko? Kiedy próbuję pokazać, jak bardzo mi na tobie zależy, do gry wkracza ona i wszystko nagle pryska jak bańka mydlana. – słuchałam go, niedowierzając w to, co właśnie powiedział. Ale nie przerywałam mu, choć nawet jeżeli bym chciała, to nie potrafiłabym nic z siebie wydusić. – Więcej już nie przyjedzie, obiecuję ci.
- Skąd ta pewność? Wtedy też miała się do mnie nie zbliżać.
- Powiedziałem jej, że tylko z tobą mogę być szczęśliwy. – to był właśnie jeden z takich momentów, w którym uświadamiam sobie, że jego nie można nie kochać. Zwyczajnie nie można, rozumiałam tą dziewczynę. Kochała go, zapewne nadal kocha i nie może o nim zapomnieć. Tak jak ja nie będę mogła zapomnieć o tym jak niepewnym ruchem przybliżył swoją twarz do mojej. Stykaliśmy się czołami, byliśmy przekonani, że ten moment właśnie nadszedł. Oboje tego chcieliśmy, czując oddech drugiej osoby na swojej twarzy. I kiedy właśnie miałam uwierzyć w to wszystko, co mówili jego koledzy i przekonać się, że tak jest naprawdę, zadzwonił jego telefon.
Odskoczyliśmy od siebie jak para zakochanych nastolatków przyłapanych przez rodziców, choć to był tylko głupi dzwonek telefonu. Nie musiałam widzieć siebie, żeby wiedzieć, że moje policzki przybrały wiśniowy kolor. Nie chciałam, żeby mnie taką widział, więc odwróciłam się od niego. Chciałam kawałek odejść, żeby uspokoić bicie serca, ale mnie zatrzymał.  – Jakoś się beze mnie obejdą.  – odwrócił mnie w swoją stronę, a ja schowałam twarz w jego koszulce. Tej samej, którą wcześniej składałam. Pachnącej nim. Poczułam jak obejmuje mnie w talii, delikatnie głaszcząc mnie po plecach.
- Bartek! – nagle podniósł mnie do góry i okręcił wokół własnej osi. Zaczęliśmy się śmiać i cieszyć jak małe dzieci. W końcu mieliśmy do tego powód, nie musieliśmy ukrywać swoich uczuć. Chociaż nie powiedzieliśmy sobie tego otwarcie, to doskonale wiedzieliśmy, co czuje druga osoba. Nie potrzebne były słowa, wystarczyło milczenie i jedno spojrzenie, które mówiło wszystko.
Nie chciał postawić mnie na ziemi, więc usiadłam mu na ramionach i szliśmy dalej. Wprawdzie miałam mały problem z gałęziami, ale to teraz nie miało znaczenia. Trzymał mnie mocno, żebym nie spadła, kładąc dłonie na moich kostkach. Objęłam go za szyję, żeby żaden nagle pojawiający się konar mnie nie znokautował tak, że moje włosy opadały mu na policzki. Odgarnęłam je do tyłu, żeby lepiej widział drogę, po czym pocałowałam go w czoło, opierając brodę na jego głowie.
- Gdzie my właściwie idziemy? – zapytałam po kilkunastu minutach drogi.
- A czy to ważne? – to nie były zwykłe okoliczności, przynajmniej dla nas, ale ton Bartka jakoś nie wskazywał na to, że siatkarz to planował. Szliśmy dalej, przed siebie, a ja miałam wrażenie, że już tędy przechodziliśmy.
- Bartek, a czy my przypadkiem się nie zgubiliśmy? – zapytałam, ledwo powstrzymując śmiech.
- My? Ależ skąd!  - jednak nie zabrzmiało to zbyt wiarygodnie. Bartek postawił mnie na ziemi, a ja po prostu już nie mogłam wytrzymać i zaczęłam się śmiać. Oczywiście jemu nie było do śmiechu, jak każdemu facetowi w takiej sytuacji. Trochę się nadąsał, ale jak wspięłam się na palce i musnęłam jego usta, chyba mu przeszło. Nie wiedziałam, że stać mnie na tak spontaniczny gest, zaskoczyłam nie tylko siebie, ale jego też. Przecież to był nasz pierwszy pocałunek. Kiedy odsunęłam się od niego na nieznaczną odległość, szybko ją zniwelował  tym razem to on mnie pocałował. Jednak ten pocałunek diametralnie różnił się od poprzedniego, był znacznie dłuższy i zdecydowanie bardziej wyczekiwany. Nie skłamię, jeżeli powiem, że oboje na niego czekaliśmy i oboje tak samo go pragnęliśmy. Może nawet trwałby dłużej, ale znowu zadzwonił bartkowy telefon. Odsunęłam się od niego, chichocząc pod nosem i przypominając sobie zabawną sytuację w jakiej się znaleźliśmy.
- Daj ten telefon, ja odbiorę – Bartek podał mi komórkę, na wyświetlaczu widniał numer Kuby. – Cześć Kubuś. – jednak nikt mi nie odpowiedział, po drugiej stronie panowała cisza.  – Halo? Kuba?
- Kuba, ale odebrała jakaś dziewczyna, co ty mi za numer dałeś – usłyszałam w tle głos jednego z siatkarzy. Złapałam się za głowę, myśląc który to taki mądry i nie rozpoznaje mojego głosu. Bartek nie wiedział, o co mi chodzi, więc włączyłam tryb głośnomówiący.
- Halo? Jest tam ktoś? – ponowiłam próbę dogadania się z moim rozmówcą.
- Ja jestem. A ty to kto? – zapytał trochę wystraszony głos. No tak, pomyślałam, Piotruś. Bo kto inny był na tyle nierozumny, żeby nie rozpoznać mojego głosu? Śmiałam twierdzić, że nawet Kubiak wiedziałby z kim rozmawia.
- Ida, Piotrusiu. Chciałeś coś?
- A Bartek?
- No, Bartek jest tu ze mną.
- Aaaa, to ja zadzwonię później – Boże, oni naprawdę myślą tylko o jednym. I jeszcze ten ton!
- Piotruś, czekaj! Nie rozłączaj się! Zgubiliśmy się! – zaczęliśmy krzyczeć do telefonu, na szczęście miś o małym rozumku nas usłyszał.
- To w łóżku można się zgubić? Kuba wiedziałeś o tym? – Bartek, wyrażający twarzą swoja dezaprobatę dla inteligencji Piotrka, wyrwał mi komórkę.
- Piotrek, debilu jesteśmy w lesie!
- No wiesz co? To jest kobieta! Mogłeś ją z szacunkiem potraktować! A ty ją do lasu zaciągnąłeś! – widząc i słysząc, że ta rozmowa nie ma dalszego sensu, postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce.
- Piotrek, daj mi Kubę do telefonu i to już! – ten zawiedziony oddał telefon Kubie, coś mrucząc pod nosem. Z tego, co zrozumiałam, coś w rodzaju ‘ja tylko chciałem dobrze’, co w przypadku tej sytuacji zabrzmiało co najmniej dwuznacznie.
- Ida? O czym mówił Piotrek?
- No nareszcie ktoś normalny! Kubuś, zgubiliśmy się z Bartkiem w lesie. Mógłbyś nam pomóc?
- Jasne. Bartek, od której strony weszliście do lasu?
- Zaraz za ośrodkiem. Przyjdziesz po nas?
- Jasne, ale przecież sam was nie znajdę. Przyjdę z chłopakami.
- Tylko błagam cię, nie bierz Piotrka – powiedzieliśmy prawie jednocześnie, śmiejąc się pod nosem. Kuba przyjął to do wiadomości i pozostało nam tylko czekać na pojawienie się jednego z miśków.
- I powiedz mi, jak taka drużyna jak my ma wygrać na Igrzyskach?
- Sprytem, mój drogi.
***
- Dobra. To co robimy? Bo czuję, że mamy dużo czasu zanim któryś się tu pojawi – powiedziałam siadając na pniaczku i wyciągając twarz do słońca. Jednak długo to nie trwało, bo wielkolud je zasłonił. Otworzyłam jedno oko i zobaczyłam, że się nade mną pochyla. Na moją twarz wkroczył chytry uśmieszek, świadczący, że mam pewien pomysł. Kiedy Bartek znalazł się wystarczająco blisko, chcąc mnie pocałować, ja zaczęłam go łaskotać.
- Ida, przestaaań! – biedaczek miał większe łaskotki niż przypuszczałam, aż się przewrócił, śmiejąc się do łez. Więc zlitowałam się nad nim i przestałam, kiedy się popłakał. Jednak chwilę potem żałowałam swojej decyzji, bo na jego twarzy zobaczyłam podobny uśmieszek do mojego sprzed kilku minut. Kiedy zorientowałam się, co chce zrobić, jedynym wyjściem była ucieczka. Bo ja miałam jeszcze większe łaskotki, normalnie mógłby mnie załaskotać na śmierć! – Wiesz, że mi nie uciekniesz?!
- Jesteś taki pewien? – oczywiście wiedziałam, że mu nie ucieknę, ale chciałam chociaż zachować pozory. Całe szczęście, gdy już brakowało mi sił, żeby je zachować, na mojej drodze pojawił się jeden Miś o małym rozumku, mniejszym niż reszta misiów o małych rozumkach, w postaci Kubiaka. Zrobił wielkie oczy, po czym nie zdążył się odsunąć więc na niego wpadłam i nie chcący go przewróciłam. Po czym szybko się zebrałam, pomogłam mu wstać i schowałam się za nim. – Miśku kolorowy, musisz mnie obronić! – powiedziałam szybko, widząc zbliżającego się Bartka. Wskoczyłam Miśkowi na barana i zaczęłam się złowieszczo śmiać. – Widzisz Bartuś? Teraz nic mi nie zrobisz! – Bartek pokręcił głową z niedowierzaniem i bezradnym uśmiechem na twarzy. – To w takim razie, jak załatwiliśmy już wszystkie sprawy, rumaku – do ośrodka! – i w tym momencie poczułam, że coś tu nie gra. Wychyliłam się i spojrzałam na twarz Kubiaka, który wyglądał na bardziej skruszonego niż zawsze. – Michał?
- Zgubiłem się. 
I wszystko jasne.
Więc czekaliśmy – ja, Michał i Bartek. Trzymałam się blisko Kubiaka, tak na wszelki wypadek, ale gdy patrzyłam na Bartka i myślałam o tym, co dzisiaj się stało (albo właściwie nie), miałam coraz większą ochotę go przytulić. Kurek patrzył na mnie tymi swoimi przenikliwymi oczami, jakby chciał wywiercić dziurę w mojej skromnej osobie, a ja czułam się po prostu cudownie. Michał siedział zapatrzony, nucąc piosenkę z Gumisiów pod nosem, niczego nie świadomy. I tak pewnie spędzilibyśmy resztę dnia, gdybyśmy nie usłyszeli dziwnych dźwięków dochodzących z pobliskich paproci.
- Co to było? – krzyknął Kubiak, wskakując na kolana Kurkowi. Ten drugi był tak zaskoczony, że nic nie powiedział i objął Kubiaka, co wyglądało naprawdę komicznie. Wzruszyłam tylko ramionami, podnosząc się z ziemi i podeszłam do tych dziwnych paproci, które właśnie się poruszyły.
- No tak – powiedziałam pod nosem, rozumiejąc co się przed chwilą wydarzyło – Piotruś ja wiem, że mogę ci się podobać, ale wyłaź z tych krzaków i przestań myśleć o…. O tym, o czym myślisz! – z paproci wyłonił się więc kolejny Misiek, ten z kolei z przepraszającą minką i czerwonymi policzkami. A z mojej prawej strony, zza drzewa wyłonił się zziajany Jarosz.
- Przybywam z odsieczą! – krzyknął teatralnie, normalnie do bohatera brakowało mu tylko peleryny. Czerwonej albo czarnej.
- Piotrek miał zostać w ośrodku – powiedziałam wskazując palcem na zawstydzonego Miśka. Jarosz zrobił wielkie oczy.
- No właśnie! Piotrek miał ZOSTAĆ w ośrodku – powtórzył głośno moje słowa, po czym spojrzał wymownie na Nowakowskiego. Tamten jeszcze bardziej się zawstydził, robiąc się jeszcze bardziej czerwony. Jakby coś mu twarz oparzyło, dosłownie.  – Dobra, chodźcie… Kubiak?
- Też się zgubił – wyjaśniłam Kubie, po czym podążyłam zaraz za nim. Chwilkę później poczułam czyjeś dłonie w talii, a moje stopy oderwały się od podłoża. I zostałam posadzona na ramionach Bartka. Uśmiechnęłam się do niego, po czym musiałam uważać, żeby nie oberwać gałęzią.

czwartek, 21 marca 2013

"- A teraz wyglądasz jak Wisienka na torcie, której wiatr rozwiewa liście"



***
Niedługo potem położyłyśmy się spać. Każda na osobnym łóżku, a Adrian został ugoszczony przez chłopaków, bo przypadkiem mieli wolne jedno łóżko. Po dołączeniu Mariusza, trzeba było wynająć dodatkowy pokój i stąd Adrian spał sobie teraz smacznie w pokoju o nieznanym nam numerze. My też spałyśmy. Znaczy teoretycznie, bo przeszłam na stan czuwania, czekając kiedy ktoś zapuka do moich szacownych drzwi. Normalnie po tych dwóch tygodniach chyba jakieś dziury w nich zostaną. Oddychając sobie spokojnie, wsłuchiwałam się w śpiew ptaków za oknem, co normalnie doprowadzałoby mnie do szewskiej pasji. Zapewne po tej wczorajszej burzy zapowiadał się pogodny dzień.
Jako że spędzałam tu już kolejny dzień, przyzwyczaiłam się do budzenia mnie o nieludzkich porach, jaką była na przykład szósta rano, czyli potocznie nazywany środek nocy dla zwyczajnych śmiertelników. Jednak mój gość nie posiadał takowego nawyku. Otwarłam jedno oko, żeby zobaczyć, co moja przyjaciółka zrobi, będąc na moim miejscu. Otóż: jak usłyszałyśmy pukanie do drzwi, jasne jest, że któreś z rzędu, moja przyjaciółka machinalnie podniosła się do pozycji siedzącej i po omacku dotarła do drzwi. Gwałtownym ruchem otwarła drzwi i czekała na to, co się wydarzy. W międzyczasie tego czekania zdążyła otworzyć oczy i zmierzyć zabójczym wzrokiem naszego gościa. Uśmiechnęłam się pod nosem, mając nadzieję, że wyjdzie z tego żywy bez żadnych uszkodzeń na ciele. Och, niech w ten sposób poznają moje dobre serce.
- Bo… no….
- To wokalista U2. Coś jeszcze?
- No…. Tak, bo… pękła nam rura w łazience, a inni nie chcą nam otworzyć. Jesteście naszą ostatnią deską ratunku! – ojej, Piotruś naprawdę był przerażony i chyba należało wkroczyć do akcji. Zwlekłam się jakoś na podłogę i dołączyłam do Ady, mierzącej Piotra śmiercionośnym wzrokiem.
- Piotruś, spokojnie. Powiedz jeszcze raz co się stało. – oparłam się o framugę, żeby utrzymać równowagę i przypadkiem nie zasnąć w środku opowieści. Przecież nie ma nic gorszego, jak przegapienie punktu kulminacyjnego opowieści środkowego reprezentacji Polski w piłce siatkowej, Piotra Nowakowskiego, który właśnie stoi przerażony za progiem.
- Bo oni byli wczoraj tacy zmęczeni, że od razu się położyli i spali tak twardo, że nie zauważyli małej eksplozji tej rury i mają po kostki wody w pokoju i muszą się wynieść i…
- Piotruś, to nie u ciebie jest ta powódź? – zapytałam coraz bardziej przerażonego siatkarza.
- No nie i …
- To dlaczego tu stoisz?
- Nie wiem, ale oni naprawdę potrzebują pomocy!
Przecierając oczy i bijąc się po policzkach wyszłam na korytarz, gdzie było już dość mokro. Właściwie to korytarzem płynęła mała rzeczka. Podpierałam się ściany, żeby się nie poślizgnąć i dotarłam do pokoju z którego wypływała woda. Zobaczyłam tam dwójkę przystojnych, wysportowanych mężczyzn, w oblepionych na ciele mokrych koszulkach, z kroplami wody we włosach, którzy w zabójczo szybkim tempie pakowali swoje rzeczy. Stanęłam w progu, przyglądając się ich wodnym wyczynom, kiedy mój wzrok przykuła skarpetka, opuszczająca pokój z prądem wody. W tym właśnie momencie zdecydowałam się im pomóc, co źle się dla mnie skończyło. Kiedy przekroczyłam próg, ujechała mi noga i wylądowałam na ziemi, mokra od stóp do głów.
- Ida, jak dobrze, że jesteś! Musisz nam pomóc, bo zaraz się tu utopimy – Kubuś przerażony właśnie pakował swoje skarpetki do reklamówki. Bartek zachowywał się bardziej spokojnie niż jego kolega, ale za to nie mogłam oderwać od niego wzroku, bo wyglądał po prostu pięknie.  – Chłopaki nie chcą nam pomóc, a ich zaraz też zaleje, jeżeli nic nie zrobimy. – siedziałam nadal w tej wodzie, do momentu aż Bartek przerwał pakowanie swoich rzeczy i postanowił pomóc mi wstać. Podał mi rękę, żebym mogła się wesprzeć i delikatnie podniósł mnie z ziemi. Nic nie mówił, tylko patrzył mi w oczy, czego tak bardzo starałam się uniknąć. Staliśmy w progu, patrząc sobie w oczy. Woda z nas ociekała, jakbyśmy właśnie wyszli spod prysznica. I kiedy czuliśmy się tak cudownie w swoim towarzystwie, będąc tak blisko siebie, Kuba musiał zepsuć nastrój.  – Proszę cię, zrób coś! – zawył mi prosto do ucha tak, że o mało znowu nie upadłam. Wyszłam z powrotem na korytarz, gdzie było trochę mniej wody.
- Ada! Pozbieraj wszystkie rzeczy z podłogi i połóż przed progiem wszystkie szmaty i ręczniki! – z pokoju wyłoniła się głowa Ady, która oniemiała na mój widok. Stanęłam po środku korytarza i głośno odchrząknęłam. – Chłopaki szybko! Nagie kobiety zaatakowały ośrodek i wdarły się na piętro! Musicie uciekać! – narobiłam takiego hałasu, że kilka sekund później na korytarzu pojawili się wszyscy siatkarze łącznie z trenerami. Sądząc po ich minach byli chyba trochę zawiedzeni, że nie zobaczyli żadnych nagich kobiet, bo w tym momencie na korytarzu byłam tylko ja w mokrej piżamie.  – Mamy małą powódź, więc niech ktoś idzie na dół do recepcji i zgarnie jakiegoś hydraulika. Tymczasem, reszta pozbiera wszystkie rzeczy z podłogi i pomoże chłopakom pozbierać ich rzeczy. I żadnych wykrętów, bo pójdę obudzić ciotkę Magdę, a ona się nie będzie z wami cackać.
O dziwo panowie mnie posłuchali i zrobili to, o co ich prosiłam. Podeszłam do progu pokoju Bartka i Kuby, patrząc jak sobie radzą.
- Możecie przenieść rzeczy do mnie, tam jest sucho. A mokre wywiesicie na balkonie.  – Kubuś w akcie podziękowania za wybawienie od życia w pokojowym akwarium, ucałował moje dwa policzki, po czym potykając się i ślizgając zabrał trochę swoich klamotów i zaniósł do naszego pokoju. W tłumie odnalazłam Adriana,  trochę zdezorientowanego i rozespanego, bo wpadł mi do głowy pewien pomysł.  – Może odwiózłbyś Adę? Zostałbyś na jeden dzień i wrócił z powrotem. Boję się, że Aleks może się u niej pojawić, a nie chciałabym, żeby była sama.
- To trochę daleko, ale masz rację. Może nie chcieć z nim rozmawiać, a gość jest sprytny. Pójdę się przebrać, a ty powiedz Adzie. Najwyżej zjemy coś po drodze.  – Adrian zniknął w jednym z pokoi, a ja omijając panów siatkarzy, wróciłam do pokoju, gdzie było już pełno rzeczy chłopaków. Ada siedziała na łóżku, najwidoczniej na mnie czekała.
- Posłuchaj, Adrian mi mówił, że musi pojechać do domu na jeden dzień. Zabierzesz się z nim, co? Zawsze raźniej we dwóch – miałam tylko nadzieję, że nie zorientuje się od razu o co mi chodzi. W końcu znamy się dość dobrze i prawie wszystko o sobie wiemy, mogła odczytać moje intencje.
- Naprawdę? To świetnie. Zaraz się ogarnę.
Ada i Adrian zebrali się jeszcze przed śniadaniem i wyjechali ze Spały, zostawiając mi na głowie zarządzanie sztabem anty - powodziowym. Na szczęście hydraulik szybko naprawił usterkę i woda przestała cieknąć. Jednak w międzyczasie zalało jeszcze jeden pokój i chłopcy musieli się wynieść. Problem polegał na tym, że wszystkie pokoje w ośrodku były akurat zajęte i nie było ich gdzie przenieść. Personel sprzątający zapewnił, że już jutro będą mogli wrócić, ale to i tak pozostawiało ich na lodzie w dzisiejszą noc. Trener Anastasi o mało nie uniósł się ze złości, ale nie mógł nic na to poradzić.
- Mogę dwóch przenocować, Adrian pojechał do domu i wróci jutro. Zsuniemy łóżka i jakoś się pomieścimy.  – trenerowi spodobał się ten pomysł, na pewno bardziej niż mnie. Zwłaszcza, że miałam przenocować Kubę i Bartka. Nie musiałam widzieć, żeby wiedzieć jak inni na to zareagowali. Z drugiej strony to, że mieliśmy spędzić kolejne chwile blisko siebie, powodowało u mnie dziwne uczucie w sercu. 
***
Siedziałam sama na stołówce, choć pora śniadania minęła jakąś godzinę temu. Mąciłam łyżeczką w cukiernicy, chcąc jakoś sobie wszystko poukładać. Ale nie potrafiłam. Po raz kolejny tkwiłam w martwym punkcie, zastanawiając się, co jest między nami nie tak. I choć robiłam to już enty raz, nie potrafiłam znaleźć innej odpowiedzi – ona była ciągle między nami. Chociaż teraz jej tu nie było, chociaż nie wiedziałam gdzie teraz jest i czy nie knuje czegoś za naszymi plecami, domyślałam się, że to jeszcze nie koniec.
Chłopcy byli na treningu, a ja siedziałam tutaj sama. Nikt nie narzekał na taki stan rzeczy, nawet panie z kuchni. Jakby wszyscy czuli, że atmosfera nagle zgęstniała. Szukałam tego przyczyn, znalazłam tylko jedną – zostałam sama. Wokół mnie nie było moich przyjaciół i nie miałam za kim się ukryć. Tak, wreszcie się do tego przyznałam. Bałam się być sama odkąd pamiętam, zawsze chciałam czuć czyjąś obecność. Chciałam wiedzieć, że mam w kimś oparcie. Teraz moje wsparcie jechało do domu i to w podwójnej dawce. Musiałam więc jakoś wytrzymać w tej gęstej samotności jeszcze jeden dzień.
Jakby na zawołanie czy może telepatycznie ściągnięty – na stołówce pojawił się Kuba. Uśmiechnęłam się do niego, po czym wróciłam do przesypywania cukru z łyżeczki do cukiernicy, za co pewnie dostałabym po łapach od pani Ewy.
- Czemu siedzisz sama? – usiadł naprzeciw mnie, oczekując jakiejś odpowiedzi.
- Już nie, bo przyszedłeś.
- Ida, pytam poważnie. Czemu nie przyszłaś na halę? – wbrew pozorom, Kuba wydawał się dobrym materiałem na przyjaciela. Czasem miewał pewne odchyły, jak każdy, ale czułam, że mogłabym mu zaufać.
- Adrian z Adą pojechali do domu i jakoś tak…
-… ci smutno, tak? – kiwnęłam głową, a on wydawał się to rozumieć.
- Masz wokół siebie samych życzliwych ludzi, jeden z nich jest nawet bardziej życzliwy niż inni i wcale nie mówię o sobie – znowu nawiązanie do Bartka, jakby wszyscy bawili się w swatkę. Na dłuższą metę trochę denerwujące.
- Kuba, proszę nie zaczynajmy tego tematu.
- Dlaczego? Wszyscy widzą to, co jest między wami, ale zdaje mi się, że oprócz was. Nie powinno tak być! – uderzył pięścią w stół, aż trochę odrzuciło mnie od stolika. Pani Ewa wychyliła głowę zza drzwi i karcąco spojrzała na Rudego. – Przepraszam, trochę mnie poniosło. Ale wracając do tematu, powinniście być razem, wszyscy powinni widzieć to jak emanujecie szczęściem i zazdrościć wam takiego uczucia. – nie muszę chyba mówić, że chciałam tego wszystkiego o czym mówił Kuba. Bardzo chciałam, żebyśmy zrobili choć mały krok na przód, a przestali się cofać. Inaczej to uczucie, o którym mówił Kuba, wykończy nas oboje.
Wstałam od stolika i zaczęłam się kierować do wyjścia.
- No idziesz czy nie? Sam mówiłeś, że macie trening.  – Kuba uśmiechnął się jakby sam do siebie i dołączył do mnie.
Chłopcy rozgrywali właśnie mały meczyk między sobą, kiedy weszliśmy z Rudym na halę. Kuba dołączył do jednego z zespołów, a ja stanęłam przy bocznej linii obok trenera. Włoch uśmiechnął się do mnie i krzyknął coś po włosku do jednego z zawodników. Po drugiej stronie ciotka pracowała z Ziomkiem, wyczyniając z nim różne rzeczy, a obok nich siedział Rucek – zapewne nucąc coś pod nosem. Tym razem nie mogłam znaleźć sobie miejsca między nimi, choć przez ostatnie dni czułam się wśród nich ja wśród swoich.
- Wiśnia, uważaj! – kompletnie się rozkojarzyłam i o mało nie przypłaciłam za to głową w ostatnim momencie uchylając się przed piłką. Całe szczęście, że Łukasz krzyknął w odpowiednim momencie, bo inaczej mogło być ze mną źle. Przeszłam na drugą stronę do ciotki i Łukasza, mając nadzieję, że tam moje rozkojarzenie nie będzie nikomu przeszkadzać. – Stało się coś? Jakaś przygnębiona chodzisz.
- Dzięki za tamto. Mam chyba kiepski dzień.  – ciotka odeszła na chwilę od Łukasza, więc usiadłam obok niego i wpatrywałam się w grę chłopaków.
- Wiesz, znam pewne lekarstwo na smutki – zanim zdążyłam się zorientować, o czym mówi, zaczął mnie łaskotać. Jakby wiedział kogo zaatakować, bo ja miałam okropne łaskotki. Zaczęłam piszczeć jak opętana, czym pewnie zwróciłam na siebie uwagę wszystkich. Łukasz śmiał się z mojej reakcji i mimo próśb z mojej strony nie przestawał.  – Śmiech – powiedział, po czym usiadł obok i trącił mnie łokciem.
- To chyba dobre lekarstwo, ale i sposób na napaść. Jeżeli o to chodzi, to ja zawsze będę ofiarą.
- Od razu lepiej jak się uśmiechasz. Teraz Bartek będzie musiał zejść z boiska, bo nie będzie się mógł skoncentrować. Ał! – szturchnęłam go mocniej, żeby nie robił sobie tego typu żartów, po czym poczochrał mnie po głowie – A teraz wyglądasz jak Wisienka na torcie, której wiatr rozwiewa liście.
- Bardzo śmieszne, serio. Nawiasem mówiąc, to wiśnia nie ma liści tylko ogonek! – krzyknęłam kiedy wszedł na boisko, zmieniając z jednym z kolegów.